Myanmar (Birma) – Yangon i pociąg do Bagan

Birma, tudzież Myanmar to tzw. skansen Azji, jak to mówią. Podobno tak wyglądała Tajlandia 40 lat temu, w co naprawdę ciężko uwierzyć, widząc jak daleko zaszła komercjalizacja turystyki w tym drugim kraju. W Birmie natomiast czas się zatrzymał. Dlaczego? Kraj uzyskał niepodległość od Brytyjczyków w roku 1948, a sprawcą i architektem tego posunięcia był niejaki Aung San. Zanim jednak niepodległość stała się faktem, Aung San, jako niekwestionowany lider i zwolennik reform demokratycznych, został zamordowany i władzę przejęła junta wojskowa. W dużej mierze były to rządy oparte na socjalistycznych ideałach, a więc, mówiąc w skrócie, za nic mające rozwój kraju i dobro ludności. Oczywiście wszystko to jest dużym uproszczeniem i rządy wojskowych zmieniały się kilkakrotnie, jednak faktem pozostaje, że aż do dziś, Birma pozostaje w dużej mierze izolacji gospodarczej i kulturowej od reszty świata. Postępuje oczywiście również powolna demokratyzacja kraju, głównie za sprawą barwnej osobistości jaką jest córka Aung Sana i laureatka pokojowej nagrody Nobla, Aung San Suu Kyi, o której polecamy obejrzeć film “The Lady”.

Kraj jest generalnie biedny i zapuszczony. Rząd kontroluje wszystko, wielu rzeczy brakuje, nawet prąd potrafi paść kilka razy dziennie, zwłaszcza na prowincji. Wojsko i policja dość widocznie kręcą się na ulicach, a np. na dworcu kolejowym potrafią strzelić przez łeb małego dzieciaka, bo za bardzo spoufala się z białymi turystami w kolejce po bilet. Takie realia.

Nam od razu rzuciło się w oczy, że ludzie są jakby inni od tego, do czego przywykliśmy do tej pory w południowo-wschodniej Azji. Są pogodniejsi, bardziej uśmiechnięci (choć czasem widać, że się lekko boją, patrz przykład małego chłopca powyżej), jednak przede wszystkim życzliwi. W porównaniu do Tajlandii, gdzie wszyscy patrzą na Ciebie jak na chodzący bankomat (biały, czyli ma kasę, czyli niech trochę u mnie wyda, bo przecież stać go na wszystko), Birma ma w sobie wciąż trochę więcej “ludzkiego” spojrzenia, zaciekawienia osobą z innego kraju/kontynentu, innym wyglądem, innymi zwyczajami. Dodatkowo, nie są jeszcze aż tak zepsuci przez konsumpcjonizm i gonitwę za pieniądzem. Jeszcze, ponieważ Birma aktualnie “otwiera się” na świat – przyciąga zagraniczny kapitał, inwestorów, wpuszcza międzynarodowe marki na rynek. Niedługo pojawi się McD, KFC, Coca-cola i inne takie, co zaowocuje bardzo szybkim zepsuciem i dogonieniem standardów tajskich w rekordowo szybkim czasie (według nas). Szkoda, ale co będziemy im żałować. Wniosek jest jeden – chcesz zobaczyć Birmę, to lepiej się pośpiesz, bo zaraz pryśnie jej najbardziej drogocenny czar.

Nasza wycieczka zaczęła się w Yangun, największym mieście kraju, do niedawna również stolicy. Dolecieliśmy tam lotem AirAsia z Bangkoku (z lotniska Don Mueang) za całkiem niezłe pieniądze. W samolocie obok nas poznaliśmy bardzo miłą Panią z synem, którzy właśnie wracali z krótkiego wypadu do Tajlandii. Powodem do nawiązania konwersacji był fakt, iż podczas wypisywania świstków imigracyjnych, mignął nam Jej niebieski paszport. Od słowa do słowa, okazało się, że Noriko, z pochodzenia Japonka, pracuje w Birmie dla biura ONZ ds. uchodźców, a niebieski paszport to standard dla pracowników ONZ, który dzięki konwencjom międzynarodowym, daje obywatelstwo “ponad podziałami”. Na przykładzie – wszyscy wiedzą, że nie da się odwiedzić Izraela i Syrii z tym samym paszportem (pieczątka z jednego dyskwalifikuje w drugim), dlatego większość osób wyrabia po prostu nowy paszport. Tutaj, nawet jeżeli ktoś byłby Izraelczykiem, to ma prawo na owym niebieskim paszporcie wjechać wszędzie, nawet do krajów, które nie wpuściły żadnego Izraelczyka od stuleci, a co więcej, gdyby ktoś na granicy robił problemy, ma prawo powołać się na najwyższe instancje i finalnie wjechać. Jednym słowem, paszport ponad paszportami!

Ciekawym był też fakt, że Noriko długi czas mieszkała bodajże w Budapeszcie i dużo wiedziała o Polsce. Jej syn z kolei, pytał o jeszcze bardziej zaskakujące szczegóły. Niby 10 czy 11 lat, a strasznie inteligentna bestia – mówił już kilkoma językami (mama Japonka, ojciec Australijczyk, mieszkał w Europie, teraz w Azji, chodzi do szkoły międzynarodowej), a przy nas wyjął lekturę szkolną zadaną do przeczytania i ku naszemu zaskoczeniu, była to “Iliada” Homera… po francusku. Zdecydowanie za krótki był ten lot jak na tak doborowe towarzystwo 🙂

Od razu po wylądowaniu, sprawdzeniu wiz i wbiciu pieczątek w paszport (uzyskanie wizy do Birmy wiąże się teraz albo z dużym kosztem przez Internet albo z długą kolejką w ambasadzie w Bangkoku), byliśmy zmuszeni wymienić trochę pieniędzy na miejscowe Kyaty (KYT). Rozterka z tym faktem jest następująca – jeżeli wymienisz pieniądze w oficjalnym, rządowym kantorze, to dostaniesz dobry kurs ale wpłacasz tym samym walutę do kieszeni junty wojskowej. Jeśli nie chcesz tego robić, to możesz wymienić dolki “na czarno” ale wtedy ryzykujesz wszelkiego rodzaju przekrętem. Decyzja jest w tym momencie o tyle ciężka, że rząd podniósł kursy oficjalnej wymiany do prawie czarnorynkowego i nie da się tego roztrząsać kategoriami czystego zysku. Dla nas decyzja była prosta – wymieniliśmy niezbędne minimum na lotnisku, a potem dodatkowe fundusze “na czarno”, na bazarze Bogyoke w Yangoon. Niezła była z tym konspira ale przygoda to przygoda, a jak.

Yangoon sam w sobie, jako miasto, jest obrazem wielu sprzeczności. Ulice są szerokie, ale nie ma na nich (wciąż) wiele samochodów. Jeżeli już są, to w większości rozklekotane, hałaśliwe i smrodzące. Na tych ulicach, niestety, śmieci i brud, miejscami bezdomne koty/psy z małymi, również dużo szczątków organicznych niewiadomego pochodzenia. W środku tego wszystkiego – piękne obiekty architektury kolonialnej, czasem w stanie całkiem niezłym, czasem wręcz przeciwnie. Co jakiś czas piekarnia, cukiernia, market, kawiarnia (tak zupełnie z zaskoczenia), a co jakiś czas biedne, kanciapowate sklepiko-knajpy, mające więcej wspólnego czystością chodnika niż punktem usługowo-handlowym. Wszystko razem ma niejako swój urok i to nawet spory.

Zaskoczeniem jest świetna znajomość języka angielskiego w kraju, w którym nie ma jak się go tak naprawdę uczyć. Nie jest to w większości przypadków poziom płynnej, oksfordzkiej angielszczyzny, jednak w zupełności wystarczający, aby płynnie i zrozumiale się komunikować. Skąd i jak? Z przymusu. W kraju, gdzie nie masz za bardzo żadnych możliwości edukacji ani zarobienia na utrzymanie rodziny, głównym pomysłem jest ucieczka do pobliskiej Tajlandii i praca, najczęściej na czarno. Niewiele trzeba, by się domyślić, iż Tajowie traktują ich jako tanią siłą roboczą i płacą im nieprzyzwoicie niskie stawki. I tak, praktycznie każdy, z kim musieliśmy coś załatwić po angielsku, był w stanie się z nami spokojnie dogadać – samozaparcie i wola nauki godne podziwu.

No dobrze, wylądowaliśmy, wymieniliśmy pieniądze, czas dostać się do hostelu (już całkiem późno). Lotnisko jest usytuowane dosyć daleko od centrum, więc trzeba wziąć taksówkę. Teoretycznie nie trzeba ale jesteśmy w 4 osoby, więc nawet się opłaca. Ze znalezieniem taxi nie ma problemu, bo znajduje się sama – tona naganiaczy przed wejściem nie popuści żadnemu białasowi. Trzeba się przez nich przebić i poszukać kiosku korporacji taksówkowej. Tutaj standardowy myk naciągaczy, ponieważ na hali przylotów kiosk jest pusty i każdy mówi, że wszystko zamknięte, że późno, że już nic nie działa, że trzeba z nimi, yes, boss, taxi. Na kiosku może się nawet znaleźć kartka potwierdzająca ten fakt, tyle, że nie ma pewności, kto ją tam przyczepił. Jeżeli natomiast udamy się na halę wylotów, okazuje się, że tam kiosk jest otwarty w najlepsze, a nawet zdziwiony, że w drugim kiosku nikogo nie ma. Zamawiamy taksówkę, a gość wyławia z tłumu jednego z naciągaczy, okazuje się, że to taksówkarz “korporacyjny” i przydziela mu kurs. Aha, a dlaczego akurat szukamy kiosku? Ponieważ daje to gwarancję normalnej taksówki za stałą kwotę lotnisko-centrum (ok. 10 USD za kurs). Ciężko powiedzieć ile by krzyknął bez oficjalnego nadania, ale jasnym jest, że może spokojnie łapać na własną rękę nieświadomych turystów i jedno drugiemu nie przeczy.

Dojeżdżamy do hostelu, jednego z niewielu jeszcze w mieście (przez co ceny są dużo wyższe niż np. w Tajlandii), zostawiamy manatki i idziemy coś zjeść. Niestety, wszystkie bary i knajpy zamykają się o 23, więc trochę nam zajmuje znalezienie czegokolwiek. Przydają się wskazówki właściciela hostelu, który okazał się bardzo sympatycznym gościem. Podpowiedział nam też jak najlepiej zorganizować następne etapy naszej podróży pod względem transportu, kosztów, realiów w kraju itp. Zgodnie z tymi wskazówkami, następnego rana udaliśmy się na pobliską stację kolejową, żeby kupić bilet do …. Co ciekawe, bilety kolejowe sprzedawane są tylko na ten sam dzień. Nie wiadomo, czy ten system działa tylko dla obcokrajowców, czy dla lokalnych też, ale po tym jak sprzedaje się bilety, można podejrzewać obie opcje. Do okienka kolejka z kilku osób w kolejności przypadkowej, tu się wpycha, tam się wpycha, wszystko jedno. Po chwili dostajemy się do okienka (wszyscy jakimś cudem już wepchnęli się przed nas) i kupujemy bilety – wypisywane ręcznie, na podstawie paszportów, na pożółkłych kartonikach. Zostajemy również wpisani na listę pasażerów pociągu, która wyglądała nie lepiej od naszych biletów. Idziemy zwiedzać, w końcu pociąg dopiero po południu.

Po powrocie z miasta, wymienieniu pieniędzy, małych zakupów na drogę i szybkim prysznicu w hostelu, udajemy się na pociąg. Ciekawi nas fakt odgrodzenia całego peronu od torów wysokim płotem (nie wygląda to na kwestie bezpieczeństwa) ale jakoś nie ma się kogo spytać. Pociąg podjeżdża, szukamy przedziału. Ku naszemu zaskoczeniu, mamy cały przedział dla siebie. Jest to coś w stylu kuszetko-siedzącego, czyli cztery siedzenia na dole, które można przekształcić w dwa łóżka i dodatkowe dwa łóżka nad nimi. Jest nawet toaleta, światło, stolik, pościel i takie tam. Wszystko pamięta chyba jeszcze czasy kolonialne, włącznie z pościelą i pajęczynami, ale jest wystarczająco komfortowe. O tym, gdzie naprawdę jesteś, przypomina pan konduktor, który tuż przed odjazdem karze Ci zamknąć drzwi od środka, a od zewnątrz je plombuje. No właśnie, plombuje. Nie jesteśmy do końca pewni, czy faktycznie są zaplombowane – z punktu widzenia naszego okna i na tyle, na ile byliśmy się w stanie z niego wychylić, wyglądało to na plombę. Nikt też tego nie sprawdził. Nie przeszkadza nam to jednak w tym, żeby się zastanawiać, czy to dla naszego bezpieczeństwa, czy też ktoś chce mieć pewność, że w czasie podróży nie wysiądziemy pozwiedzać niedozwolonych miejsc?

Podróż do … trwa całą noc i jeszcze trochę (prawie 20 godzin) i męczy jak diabli. Pociąg jeszcze daje radę, jednak tory już nie. Dosłownie, kilka razy mamy duszę na ramieniu, bo wszystkie wagony zaczynają się bujać i podskakiwać, łącznie z nami, na minimum metr w każdą stronę. Mamy co chwila wrażenie, że włos dzieli nas od wykolejenia się całego składu. Do tego dochodzi hałas, bo musimy mieć otwarte okna. Temperatura powietrza z zamkniętymi oknami jest nie do zniesienia, prawie sauna (w pewnym momencie prąd w całym przedziale padł, włącznie ze światłem i namiastką wentylacji – wiatraczkami pod sufitem). Niezapomniane przeżycia. Nasze PKP wydaje się przy tym prawie jak Orient Express z czasów kolonialnych. Widoki za oknem w pełni rekompensują te niedogodności – zachód i wschód słońca na bezkresnych równinach, malownicze acz zapuszczone wioski, machające nam uśmiechnięte dzieci, czy postój w środku nocy na stacji, gdzie muzyka z głośników gra powyżej skali wzmacniacza, a wszędzie rozstawione są przedziwne kolorowe instalacje na nadchodzący festyn (w tym niektóre powyklejane banknotami od góry do dołu).

Nie da się ukryć, dojechaliśmy na miejsce cali i zdrowi, nawet bez wybitych zębów i siniaków na głowie. Zwyczajem azjatyckim (tutaj też już ktoś o tym pomyślał), stacja w … jest w szczerym polu i konieczne jest wzięcie jakiegoś środka transportu do miasta (czytaj – taksówki). Ceny wygórowane, targowanie się ograniczone – żniwo na białasach musi zostać zebrane. Niestety, twardzi z nas negocjatorzy i tanio skóry nie sprzedamy, na oczywiste niezadowolenie Panów kierowców. Czekamy, aż cały motłoch i nagonka się przewalą. Wtedy dopiero, gdy na polu bitwy zostają tylko Ci, którzy nie zdołali nikogo złapać i my, ostatni pasażerowie tego pociągu, zaczyna się jakaś rozmowa. Niestety, konkurencja nikła, a zmowa cenowa również dostrzegalna i dopiero nasze ostentacyjne ruszenie w drogę na piechotę powoduje, że jeden z kierowców dogania nas swoim pickupem i godzi się na naszą cenę. Cóż, prawa rynku, hehe.

Ruszamy więc wygodnie rozwaleni na pace pickupa (o dziwo, wyłożonej poduszkami) w kierunku … i zastanawiamy się, co tak pięknie rozpoczęty dzień jeszcze nam przyniesie.

c.d.n.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s