Tajlandzkie koleje i Bangkok

W Chumphon posiedzieliśmy kilka dni, odpoczywając i nie zaliczając żadnych większych atrakcji. Czas umilaliśmy sobie spacerami po mieście, obiadach w food court’cie pobliskiego centrum handlowego i internetowaniu wszystkiego, co może nas spotkać w Bangkoku. Kupiliśmy bilety na pociąg nocny z kuszetkami, kierując się świetnymi opiniami o tajlandzkich kolejach i informacjami na stronie http://www.seat61.com (gorąco polecamy, są tam szczegółowe informacje na temat podróżowania koleją z prawie całego świata!). Wybieramy bilet tańszy ale nie najtańszy – druga klasa, śpiący, bez klimatyzacji. Droższe byłyby wyższe klasą i z klimą, najtańsze to trzecia klasa i miejsca tylko siedzące (na seat61.com jest to dokładnie opisane ze zdjęciami). Gdy pojawiamy się na stacji, dużo osób już czeka, niektórzy z plecakami, niektórzy z tobołami, niektórzy z plecakami, tobołami, dziećmi, rodziną i dalszym kuzynostwem. Pociąg się oczywiście spóźnia, co podobno jest standardem, tyle że nigdzie nie ma informacji o ile. Siedzimy więc i czekamy, jak się okazuje ponad godzinę. W międzyczasie zaczynają się pojawiać pasażerowie na następny pociąg, a jak nasz wjeżdża o czasie tego następnego, powstaje lekkie zamieszanie, bo nikt nie wie czy ma wsiadać, czy nie. My na szczęście w porę się zorientowaliśmy i mościmy się już w naszym wagonie na dwóch pościelonych i przyszykowanych dla nas górnych pryczach naprzeciwko siebie. Górne są niestety trochę krótsze od dolnych i nie mają okna, jednak ich plusem jest trochę niższa cena i większy spokój, bo nikt Ci nie łazi tuż obok głowy. Osoba o wzroście do 190cm jest w stanie się wyciągnąć na górnej pryczy “na styk”, jednak trzeba wziąć pod uwagę, że to “na styk” zakłada leżenie diagonalne.

Jest już późno, więc z zasypianiem nie mamy problemu. Przypinamy plecaki do półek, zasłaniamy kotary i lulu. Braku klimy nie zauważa się nawet zbytnio, w końcu jest noc i słońce nie grzeje, poza tym wiatraczki śmigają pod sufitem prawie bezgłośnie i dosyć sprawnie. Jedynie zasłonięcie zasłonek równoważy się trochę z “odcięciem” pryczy od ruchu powietrza wymuszanego przez wiatraki, ale w gruncie rzeczy daje się to spokojnie wytrzymać i wygodnie spać. Rano natomiast przez cały pociąg przechodzą konduktorzy, którzy ściągają wszystkich z łóżek i zwijają pościele, zamieniając dolne prycze w fotele do siedzenia. Do Bangkoku pociąg wtacza się dość majestatycznie i powoli, mijając po drodze place budowy, slumsy, poranne korki i zatłoczone autobusy, co z ciekawością oglądamy przez okno. Finalnie wysiadamy na dworcu kolejowym Hua Lampong i idziemy przez puste jeszcze ulice (jest wcześnie rano) do hostelu, który nie znajdował się na szczęście zbyt daleko. Gdy tam trafiamy jesteśmy mile zaskoczeni – hostel jest nowiutki, cały pusty, obsługa płynnie mówi po angielsku i do tego za nocleg płacimy o połowę mniej niż powinniśmy (promocja na otwarcie). Dostajemy łóżka w pokoju dla ośmiu osób, z czego tylko nasze są zajęte, wi-fi za darmo, mini-śniadanie złożone z tostów i dżemu plus kawa/herbata też gratis. Pościel, poduszki, materace, łóżka – wszystko nowe, niezużyte. Szok i niedowierzanie! Jesteśmy tak zadowoleni z tego znaleziska, że podczas całego naszego pobytu w Tajlandii (ok. 2 miesiace) i przelotnych wizyt w Bangkoku, robimy z tego miejsca naszą bazę wypadową. Bliskość do metra, stacji kolejowej i rzeki tylko nas w tym utwierdza (dla zainteresowanych – http://www.oldtownhostelbkk.com).

Dzięki uprzejmości personelu możemy się zalogować wcześniej niż powinniśmy, zrzucić plecaki i odświeżyć. Po tym, ruszamy w miasto, żeby po pierwsze dorwać bankomat, po drugie zorientować się trochę w topografii miasta i komunikacji miejskiej. Z bankomatem poszło nam jak po grudzie, ponieważ bankomaty citibanku nie występują na każdym rogu, a akurat tego dnia było święto i banki były pozamykane. Zrobiliśmy więc dość niezły spacer po całej długości ulicy Silom i Ratchadamri, dochodząc w końcu do Central World, centralnego skupiska centrów handlowych i domniemanego centrum miasta. Wszystko dlatego, ze nie mieliśmy już żadnej gotówki, wiec nawet na bilet nam zabrakło. Od razu poczuliśmy, że jesteśmy w dużym mieście, bo momentalnie rozbolały nas głowy – od hałasu i brudnego powietrza (wkrótce się do tego przyzwyczailiśmy). W związku z tym, wróciliśmy potem z powrotem do hostelu i staraliśmy się maksymalnie odpocząć w filtrowanym, klimatyzowanym powietrzu.

Wiedzieliśmy już kiedy dołączą do nas towarzysze podróży na kolejny miesiąc.  Najpierw Kasia i Kasia, a po tygodniu kolejna dwójka znajomych, Ola i Michał, więc trochę lepiej mogliśmy zaplanować nasze działania w międzyczasie. Postanowiliśmy trzymać się naszej bazy wypadowej i zarezerwowaliśmy łóżka w odpowiednich terminach dla całej szóstki. Wiedzieliśmy też, że urlopowicze będą chcieli zobaczyć miasto, także testowaliśmy trochę komunikację miejską, żeby sprawnie i szybko móc się przemieszczać pomiędzy atrakcjami turystycznymi. Po Bangkoku można się poruszać na kilka sposobów, które dzielą się na dwie główne kategorie – wodę i ląd. Woda jest czymś szczególnie wartym uwagi, z racji tego, że rzeka Chao Phraya płynie wzdłuż całego miasta, a dodatkowo posiada wiele odnóg i kanałów. Jest to też bardzo popularny w Bangkoku sposób transportu z wiadomego powodu – nie ma korków. Na głównej rzece pływa kilka linii promów, które co prawda pływają na tej samej trasię ale każdy zatrzymuje się na innych stacjach i ma inne punkty startu i końca trasy, także przed abordażem zaleca się weryfikacje trasy pojazdu. Linie można odróżnić od siebie kolorem chorągiewki na rufie i dziobie. Tak naprawdę, najbardziej przydatne są na dwa kolory – niebieski i pomarańczowy. Niebieski to linia turystyczna, czyli jak się łatwo domyślić najdroższa ze wszystkich ale też najmniej zatłoczona i w najlepszym stanie. Pomarańczowa to linia, która pływa 7 dni w tygodniu, zatrzymuje się na każdym przystanku i jest najtańsza. Problem tylko, że z reguły jest najbardziej zatłoczona, bo pływają nią wszyscy. Nie ulega jednak wątpliwości, że promy na Chao Phraya to najszybszy środek transportu w mieście na osi północ-południe, a poza tym widoki z rzeki również są niczego sobie.

Przechodzimy na ląd, a tutaj do wyboru są autobusy, metro, kolejka naziemna i kolej. Pojazdy w stylu taksówek i tuk-tuków pomijam, z wiadomych względów. Autobusy są najtańsze ale połapać się w trybie ich kursowania nie sposób – nie ma widocznych przystanków, nie ma rozkładów, nigdy też nie wiadomo jakiej linii dany autobus jest. Z pomocą idzie wujek Google, który dość sprawnie pomaga planować podróż, jednak w znalezieniu przystanku nie pomaga, a ludzie na ulicy czasami nawet bardziej komplikują sprawę. Pomimo tego wszystkiego, cena biletu zdecydowanie równoważy inne niedogodności (kilka bahtów za osobę za kurs, taniej być nie może).

Metro (MRT i kolejka naziemna (BTS) są w sumie porównywalne sposobem użytkowania i, z tego co pamiętamy, ceną. Kolejki są w podobnym standardzie, z klimą, bilety kupuje się głównie w automatach na stacjach (tak naprawdę nie są to bilety, tylko żetony wielorazowego użytku, które połyka bramka podczas wyjścia z metra). Jedyna różnica to pokrycie miasta trasami oraz jazda pod ziemią albo nad ziemią, z widokami lub bez. Na lotnisko Suvarnabhumi jeździ specjalna kolejka, Airport link, której trasa przecina kilka stacji MRT i BTS, co powoduje, że łatwo się w nią przesiąść. Bilety kupuje się oddzielnie na dedykowanej stacji. No i pozostaje jeszcze kolej, która przydaje się tylko w przypadku wycieczki na północne tereny Bangkoku oraz na lotnisko Don Mueang, z którego obecnie latają tanie linie lotnicze (m.in. AirAsia).

Nie wspomnianym jeszcze transportem, który nota bene można spotkać w każdym miejscu w Tajlandii, jest tzw. Songthaew (czytaj song-theł, w dosłownym tłumaczeniu “dwie ławki”). Jest to pick up lub mały samochód dostawczy, który na pace ma po bokach dwie ławeczki dla pasażerów i dach. Pojemność z reguły oscyluje w okolicach 8-10 osób, nie licząc miejsc stojących, a cena jest stała dla danego odcinka. Natrafić na coś takiego można wszędzie, gdzie nie ma autobusów lub gdzie autobusy nie dojeżdżają, byle przed podróżą zasięgnąć języka, żeby być świadomym ceny i ewentualnie trasy. Można też trafić na zwyczajne minibusy, z reguły białe, które funkcjonują w ten sam sposób ale mogą być droższe i jeżdżą tylko pełne (trzeba czekać, aż się zapełnią).

Myszkowaliśmy też co jakiś czas po couchsurfingu, gdzie czasami trafiają się ciekawe event’y (w ten sposób trafiliśmy na siatkówkę i ultimate frisbee w singapurze) i można się załapać na niestandardowe zwiedzanie miasta lub miejscowe happeningi. W ten sposób poznaliśmy James’a, który studiuje w Tajlandii język i kulturę, a Bangkok zwiedza tak nieszablonowo jak tylko się da. Zabrał nas ze sobą na wycieczkę do pływającego targu Taling Chan, gdzie z reguły trafić można tylko turystycznie wynajętą łódką, a my dojechaliśmy opcją łączoną prom+songthaew za pewnie 10 razy mniej. Na miejscu uraczyliśmy się specjałami kuchni tajlandzkiej, na świeżo przygotowanymi w przycumowanych do pomostu łódkach i pogwarzyliśmy trochę o życiu. W rozmowach przeszkadzały tylko ogłuszająco hałaśliwe łódki, które śmigały kanałem w te i we wte, a jak wiecie, mają one z reguły silniki samochodowe bez żadnych tłumików.

Jeśli już mowa o rozrywkach kulinarnych, nie da się przejść obojętnie obok tego, co oferuje jedno z centrów handlowych w Bangkoku, a mianowicie Terminal 21 (stacje Asok dla BTS lub Sukhumvit dla MRT). Jest to niby jedno z wielu centrów handlowych, których pełno w Bangkoku i na pierwszy rzut oka niczym się  zewnątrz nie wyróżnia. Ciekawostką jest to, że wnętrze jest utrzymane w stylu charakterystycznym dla lotnisk, nawet z tablicami odlotów i przylotów, a każde piętro nosi nazwę innego miasta i jego “zawartość” bezpośrednio się z nią wiąże, również wystrojem. Dajmy na to, mamy m.in. Rzym, Tokyo, Hollywood czy Paryż. W Rzymie dominują romańskie filary i ekskluzywne marki, Tokyo to moda damska i maneki-neko, Paryż to wieża Eiffel’a i designerskie ciuchy tajskich i francuskich projektantów, a Hollywood, jak łatwo się domyślić, to ostatnie piętro z salami kinowymi i statuetkami Oscarów. Nas najbardziej interesuje piętro piąte, San Francisco (Pier), stylizowane na przystań rybacką, z restauracjami i, przede wszystkim, food court’em o nic nie mówiącej nazwie Pier 21.

Pier 21 to trochę taka stołówka z tą różnicą, że zamiast klusek i pierogów podają wszystko, co tylko można zjeść w Tajlandii. Znajduje się tam chyba za 30 czy 40 stoisk, a każde przygotowuje inną potrawę kuchni tajskiej, chińskiej czy malajskiej. Mamy tu do wyboru makarony, zupy, potrawki, sałatki, ryże i desery, a wszystko w granicach 30-50THB za danie (3-5pln). Z deserów polecamy przede wszystkim mango sticky rice, które jest tutaj chyba najtańsze w całym mieście i równie dobre. Z reszty można zamawiać wszystko,co kto lubi, bo przy tym obrocie i ilości klientów jesteśmy pewni, że jest super świeże – w porze lunch’u kolejki są astronomiczne, a na wolny stolik można czekać i kilkanaście minut. System płatności też jest świetnie dostosowany do ilości klientów i maksymalizacji obrotu – dostaje się kartę, którą ładuje się gotówką, a przy zamawianiu jedzenia zdejmuje się kredyty w czytniku magnetycznym (niewykorzystane środki można bez problemu odzyskać w kasie). Bywaliśmy tutaj przy każdej możliwej okazji.

Z ciekawszych miejsc w mieście wymienić można też Park Lumphini, ogromna zielona przestrzeń blisko centrum, w której można znaleźć trochę wytchnienia w spiekocie dnia. Podobno, można tam również spotkać oswojone warany, a dla zainteresowanych, codziennie o wczesnych porach rzesze ludzi ćwiczą tam tai-chi.

Finalnie byliśmy też na Khao San Road, którego sława sięga za oceany i gdzie nas bynajmniej nie ciągnęło ale postanowiliśmy się poświęcić i zajść tam w celu światopoglądowym. Szybki wniosek z przechadzki był taki, że ulica uczciwie zapracowała na swoją międzynarodową reputację. Jest to w sumie krótka przecznica, która zaistniała na mapie dzięki nagłemu wzrostowi w okolicy tanich i przystępnych hosteli dla backpackerów oraz dogodnych połączeń do dworca autobusowego Mo Chit w Bang Sue. Jak się łatwo domyślić, obecność białych, młodych ludzi, których stać na wszystko, przyciągnęła wszelkiego rodzaju biura turystyczne, fastfoody, handel badziewiem, hinduskich krawców i naciągaczy na jeszcze gorszy badziew. O imprezowniach i pijalniach alkoholi mocnych na wiadra nie wspominając. Nie da się przejść spokojnie. Fakt, jest tanio, ale nic więcej. Można powiedzieć, że miejsce jest z kategorii tych, które podobają się głównie młodocianym amerykanom lub brytyjczykom na przerwie letniej.

Wiedząc również, że jak tylko Kasia i Kasia przybędą, lecimy się do Birmy, załatwiamy wizy w ambasadzie. Można to oczywiście zrobić bezboleśnie przez sieć ale koszt jest o niebo wyższy, a czeka się tyle samo, więc po co przepłacać. Udajemy się więc z potrzebnymi dokumentami do ambasady (Pan Road) i ustawiamy w kolejce, która wychodzi daleko poza drzwi. Wiedzieliśmy, że trzeba tam się zjawić jak najwcześniej rano ale nie podejrzewaliśmy, że jest aż tak źle. Na szczęście dokumenty łatwo było wypełnić, a sama kolejka posuwała się bardzo sprawnie i w miłej atmosferze –  poznaliśmy jakiegoś amerykanina, który opowiadał nam bardzo ciekawe historie ze swojego pobytu w Birmie w latach ’70 ubiegłego wieku oraz parę Polaków na urlopie, którzy spontanicznie postanowili udać się do Birmy podczas swego urlopu w Tajlandii. Po paru godzinach pozostawało nam tylko czekać na odebranie paszportów z wbitymi wizami. Nawiasem, jest kilka opcji uzyskania tej wizy, różniących się od siebie czasem czekania. Najdroższa jest wiza uzyskiwana tego samego dnia (rano składa się papiery, popołudniu już odbiera się paszport), potem opcja pośrednia z oczekiwaniem bodajże jeden dzień roboczy, a na koniec najtańsza i najwolniejsza – 3 do 4 dni. Nam zależało na oszczędnościach, więc nie przeszkadzało nam czekanie tych kilku dni.

W międzyczasie polataliśmy też po kilku miejscach w okolicy i porozdawaliśmy nasze CV – głównie w hotelach i szkołach językowych, bo to były nasze jedyne szanse na trafienie jakiejkolwiek roboty. Skutek rozmów z hotelami był żaden, ponieważ ani jeden się nie odezwał, a szkoły językowe olały nas jeszcze bardziej, ponieważ nie jesteśmy native speaker’ami – kolejny dowód na to, jak brytyjski paszport może ułatwić Ci życie w dzisiejszych czasach (również jakikolwiek inny z anglojęzycznego kraju).

Tak nam mijały dni, aż w końcu czas był wyjechać po Kasie na lotnisko. Przyleciały zmarnowane i zmęczone ale szczęśliwe, bo w końcu urlop. Przywiozły wiśniówkę, michałki i inne chałwo-kiełbasowe polskie przysmaki, których nie oglądaliśmy na oczy od dłuższego czasu, więc w hostelu była potem wielka degustacja przy plotach z kraju i zagranicy. Następnego dnia wylatywaliśmy już do Birmy, więc zwiedzanie Bangkoku ograniczyliśmy do minimalnego minimum, zwłaszcza, że musieliśmy się jeszcze na biegu przepakować i zostawić część rzeczy w przechowalni hostelowej (potrzebowaliśmy rzeczy tylko na tydzień), a dziewczyny nie były jeszcze przystosowane do klimatu i szybko się męczyły łażeniem po mieście, chociaż buzie im się nie zamykały i na to energię miały zawsze.

c.d.n.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s