Malaka, powrót do Kuala Lumpur i południowa Tajlandia

Wybywamy z Singapuru tą samą drogą, którą przyjechaliśmy – lądem. Bus miejski, granica i ciach, nowa malezyjska wiza na 3 miesiące w kieszeni. Czas na Malakę, a potem powrót do Kuala Lumpur. W Malace, nota bene jednym z najstarszych miast w Malezji, spotykamy się z naszą znajomą jeszcze z Nowej Zelandii, z pakowalni kiwi w Te Puke, która pracuje tam w sezonie, a potem wraca do siebie czyli do Malaki właśnie. Joanne wyjeżdża po nas ze swoim bratem na dworzec i od razu zabiera na lunch. Następnie lokujemy się w hostelu i zwiedzamy główną atrakcję miasta, czyli ruiny twierdzy portugalskiej A Famosa z czasów kolonialnych oraz chinatown, czyli tzw. Jonker walk. Obchodzimy to w jeden dzień i potem skupiamy się już tylko na przyjemnościach kulinarnych. Malaka znana jest ze swojej bogatej oferty gastronomicznej, istnieje tu wiele szlaków jedzeniowych dla głodnych turystów. My żadnym z nich nie podążyliśmy (głównie dlatego, że Joanne wszędzie nas woziła) ale zaliczyliśmy, trochę nieświadomie kilka ważnych punktów z tej mapy. Jednym z nich jest np. miejsce pod miastem, gdzie robi się najlepszy w całej okolicy, a może nawet w całej Malezji coconut shake. Naprawdę, kto go nie spróbuje, nie zrozumie, dlaczego ustawiają się po niego kilometrowe kolejki. Teraz, gdy go wspominamy, aż chce nam się tam wrócić… aż żal, że naraz da się wypić tylko dwa, tak są sycące! Kolejnym super punktem jest satay house. Podobno niepowtarzalny styl, niespotykany nigdzie indziej. Zasiadamy mianowicie przy dużym, okrągłym stole z wielkim garnkiem pełnym sosu satay na środku. Garnek ten jest nieustannie podgrzewany palnikiem od spodu, dzięki czemu sos jest cały czas prawie wrzący. Z wielkich lodówek obok można wybrać dowolny składnik – co tylko da się nabić na patyk a’la szaszłyk, czyli mięso, owoce morza, tofu. Bierze się je hurtem na talerz, a potem wrzuca każdy patyczek do gotującego się sosu. Pozwala to na ugotowanie danej rzeczy już w sosie, co daje niepowtarzalny smak. Nie potrzeba chyba mówić, że sos też jest niczego sobie, zwłaszcza, że w pewien sposób sam się sezonuje (nie jest wymieniany, a tylko uzupełniany, przez co przechodzi smakiem wszystkiego, co się w nim robiło przez cały dzień) i trzeba przyznać, wzbogaca go to niesamowicie. System rozliczenia też prosty, bo każdy patyczek ma swoje oznaczenie stosownie do ceny i po posiłku płacimy za podsumowane patyczki z całego stołu. To tylko dwa najciekawsze miejsca z wielu, w których byliśmy, a byliśmy w wielu. Nie żebyśmy to źle wspominali, ale jak następnym razem tam się znajdziemy, to na pewno zaopatrzymy się w jakieś środki wspomagające trawienie – kuchnia chińska bywa bardzo tłusta, niestety. Końcówka naszej przygody w Malezji to już z powrotem Kuala Lumpur. Trafiamy tam głównie po to żeby odwiedzić ambasadę Tajlandii i dopełnić ewentualnych formalności wizowych, żeby móc wjechać do tego kraju lądem. Okazuje się, że niestety tam nic nie załatwimy i nasza najlepsza opcja to wlecieć, ponieważ wtedy dostajemy bezpłatną i najdłuższą możliwą wizę – 30 dni. Kupujemy więc najtańszy możliwy lot do Surat Thani i spędzamy mile czas na spotkaniu z Shahrinem, naszym znajomym z Perhentianów. Co za bystry człowiek, ten Shahrin – chodzący przykład na to, że podróże kształcą. Wychowany w Malezji, jakiś czas studiował i mieszkał w UK, gdzie oszlifował język angielski, a potem wrócił do Malezji i założył własny biznes. Niejeden zresztą, bo o brak przedsiębiorczości oskarżyć go nie można. Zaproszeni na lunch i kawę, poruszamy niejedne egzystencjalne tematy i mamy za każdym razem wrażenie, że nawet delikatnie nie poruszamy sedna sprawy. Najbardziej żywiołowa rozmowa wywiązuje się o religiach, islamie, jego współczesnych interpretacjach i ukrytych zwyczajach, porównaniach. Jak mało czasu, jak dużo do omówienia! Obiecujemy sobie, że przy najbliższej okazji dokończymy tę rozmowę i że dołożymy starań, żeby ta okazja przydarzyła się jak najszybciej. Tymczasem, trzeba się dostać na lotnisko KLIA2… Żegnaj Malezjo, witaj Tajlandio! Krótki lot do Surat Thani i wizy dostajemy bez problemu, na miesiąc. Kombinujemy jak tu dostać się na wyspę Koh Phangan, żeby nie kupować oczywistych i najdroższych transferów autobusowych. W tym przypadku, niestety, to kombinowanie odbije nam się czkawką i dotrzemy na wyspę dosyć późno, po wielu perypetiach, a finalnie zapłacimy prawie tyle samo… Do tego dochodzą Tajskie bankomaty. Dosłownie złodziejstwo! Za każde wyjęcie gotówki zagraniczną kartą pobierana jest “opłata operacyjna” w wysokości 15-20 PLN i jedynym bankiem, który wciąż opiera się tej bank-mafii jest Citibank (tyle, że nie ma zbyt wiele bankomatów). W każdym razie, wybieramy przejazd kombinowany, czyli bus do najbliższego dużego miasta, potem stamtąd do portu, a z portu bezpośrednio na wyspę. Najbliższym miastem jest właśnie Surat Thani, ale zanim tam docieramy, czekamy sporo czasu, aż uzbiera się ludzi w autobusie podmiejskim. W Surat Thani łapie nas jeden naciągacz i na poczciwą twarz wciska nam kit, że nam wszystko załatwi, a wiezie nas do pośrednika, który chce nas złapać na prawie dwa razy wyższą cenę niż powinna być i to tak bezczelnie, że biuro obok krzyczą już normalne stawki. Nie dajemy się i kombinujemy dalej, tracąc cenny czas, bo promy nie pływają całą dobę. Chodzimy, szukamy, negocjujemy i w końcu trafiamy na minibusa, który zawozi nas do portu i tam kupujemy bilety na koh phangan. Dopiero tutaj podliczamy koszty naszej kombinacji – zaledwie kilka bahtów mniej niż to co zapłacilibyśmy biorąc pakiet dojazdowy na wyspę bezpośrednio z lotniska, ale za to trochę więcej satysfakcji! Prom na Koh Phangan wyglądał, jakby czasy jego świetności sięgały co najmniej średniowiecza. Jest całkiem spory ale wszystko jest pordzewiałe i wali sandałem. Do tego okazuje się, że jest również całkiem wolny i dopłynięcie na wyspę zajmuje mu prawie 3 godziny, więc zsiadamy z łódki w Thong Sala i jest już 21-sza na zegarku. Na szczęście przewidzieliśmy to i wcześniej zabukowaliśmy bungalow w północnej części wyspy, gdzie zawiózł nas jeden z wielu taksówkowych pickupów jeżdżących na wyspie (po negocjacjach, a jakże). Ośrodeczek, w którym zdecydowaliśmy się zostać, znajdował się gdzieś na wysokości Chao Phao beach i miał najlepsze łóżko, jakie do tej pory trafiliśmy w takiej cenie. Spało się tam jak w pałacu. Poza tym domek miał małą łazienkę, mały tarasik i nic więcej. Zwykły, standardowy bungalow z budową za oknem… budową? a tak, jest poza sezonem, więc ceny niskie ale wszyscy korzystają z małego ruchu i dokonują napraw tudzież rozbudowy swoich biznesów. Powoduje to, że Ty jesteś na wakacjach, a o 8 rano budzi Cię ekipa budowlana waląc młotem w beton. Nam to nie przeszkadzało, bo traktowaliśmy to jako swoisty budzik, ale byliśmy świadkiem, jak niczego nieświadomi turyści zapłacili z góry za cały tydzień pobytu, a następnego dnia musieli się przenosić gdzie indziej, nie odzyskawszy pieniędzy drogą reklamacji. Polecamy w takich sytuacjach trzymać się systemu – bukuję jedną noc, a jeżeli wszystko jest OK, to kolejne wykupuję bezpośrednio na miejscu. Może nawet być taniej niż przez Internet, w końcu gotówka do ręki czyni cuda. Niedaleko nas, w ośrodku nurkowym przy plaży Haad Yao o nazwie Reefers, pracowała Daria – nasza dawna znajoma i wieloletnia koleżanka Basi, nasz główny powód wizyty na tej wyspie znanej przede wszystkim z nurkowania i imprez Full Moon/Half Moon, na których pije się drinki w wiadrach i popuszcza wszelkie hamulce. Daria po kilku perypetiach życiowych udała się w podróż na koniec świata i po przejechaniu Australii, Indonezji i Malezji, w końcu trafiła na swoich na Koh Phangan. Pracując w ośrodku nurkowym robiła to co lubi, a dodatkowo zdobywała doświadczenie na instruktora nurkowego. Żyć nie umierać, gdy Twoim głównym zajęciem poza sezonem jest siedzenie na plaży, wypożyczanie masek z rurką i czekanie na potencjalnych zainteresowanych nurkowaniem. My dzielnie Jej towarzyszyliśmy w tym trudzie, podziwiając treningi przed wyścigami łodzi wiosłowych oraz malownicze zachody słońca nad morzem. Raz poznaliśmy pewnego młodego Włocha, który mieszkał na wyspie już dosyć długo i posiadał tutaj swoją restaurację z owocami morza. Nie byłoby w tym nic intrygującego, gdyby nie to, że wszystko, co podaje swoim gościom na talerzu, łapie sam… harpunem. Świeższe chyba być nie może… Tego dnia wybierał się na rekreacyjny wieczorny połów, z którego wrócił z okazem ryby zwanej Big Lipps, która z powodzeniem wykarmiła nasza grupke tego samego wieczora. Skorzystaliśmy z zaproszenia i stawiliśmy się na kolację, na którą podano cudownie świeże i aromatyczne, jedyne w swoim rodzaju carpaccio z tejże właśnie ryby oraz jej wersje pieczoną urozmaicone ostrą papaya salad przygotowaną przez Tajkę która skutecznie żywi pracowników nurkowego biznesu. Był to jeden z najlepszych posiłków jakie nam sie trafiły w trakcie tej naszej wędrówki.

Oprócz przesiadywania na plaży, objechaliśmy trochę wyspę skuterem, oglądając pozostałe plaże na północy, dżunglę i wodospady w centrum, również miasteczko portowe Thong Sala, a krótko po tym nasz pobyt na wyspie się skończył i przebiliśmy się na drugą stronę Tajlandii, do Krabi. W Krabi, szczerze, nic nie ma. Wszystko, czym Krabi żyje, jest oddalone od samego miasta ładnych kilka kilometrów i wszędzie trzeba brać taksówkę. Największą ciekawostką miasta są światła na jednym z głównych skrzyżowań, które trzymają postacie neandertalo-małpo-ludzioopodobne. Robi wrażenie, choć na krótko i potem nie ma co człowiek ze sobą zrobić. Można się przejść promenadą nad rzeką, zobaczyć wielkiego kraba, ew. zwiedzić targowiska. Za to wieczorem… wieczorem otwiera się food market na jednej z promenad nad rzeką i jest to jedno z najlepszych miejsc do spróbowania wielu odmian tajskiej kuchni za bardzo rozsądne pieniądze. Taki food market składa się z wielu różnych “stoisk na kółkach”, a te dzielą się na ruchome restauracje lub stoiska wyspecjalizowane w podawaniu jednej potrawy (np. sticky mango). Najlepsze jest to, że każde stoisko podaje tak naprawdę coś innego i niewiele potraw się powtarza (no, może standardowym pad thai), a wszystko jest naprawdę dobre. W związku z tym, że nie mamy już co robić w Krabi, nie czekamy na zbawienie i przejeżdżamy na Phuket. Wybieramy najtańszą opcję, czyli autokar, ale gdybyśmy mieli trochę więcej grosza, wybralibyśmy pewnie trasę wodną z postojem na Railay Beach i na wyspie Koh Phi Phi (wszyscy bardzo polecają). Do wyspy Phuket podchodzimy z dużym dystansem i nie spodziewamy się wiele. Naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy wielu niepochlebnych opinii, więc nawet jedziemy tam niechętnie. Dużym plusem jest ogromnie rozwinięta infrastruktura, a tym samym konkurencyjne koszty zakwaterowania. Jest to zarówno minus tego miejsca, ponieważ jest opanowane przez miliony (dosłownie, Phuket ma nawet własne lotnisko międzynarodowe) turystów, głównie pochodzenia rosyjskiego (nawet znaki na ulicach są po rosyjsku). Dodatkowo, zgodnie z zasadą klient nasz pan, na Phuket można robić wszystko, od zwykłego wylegiwania się na plaży i zwiedzania, po masaże erotyczne, kluby nocne, imprezy do białego rana i inne formy niekontrolowanej rozpusty urlopowej. Przyciąga to specyficzny rodzaj ludzi i tworzy specyficzny popyt na tego typu rozrywki, nie pozostawiając miejsca na nic innego. Postanawiamy sprawdzić to na własne oczy, bo i tak do planowanego stawienia się w Bangkoku na przylot dwóch Kaś z Polski mamy jeszcze sporo czasu. No i jest po drodze. Kombinujemy i dochodzimy do wniosku, że najlepszą dla nas opcją będzie skorzystanie z niskich cen w rejonie Patong Beach, czyli najbardziej znanej i tłocznej plaży na Phuket, wypożyczenie w okolicy skutera i uciekanie stamtąd kiedy tylko się uda. Pomysł zrealizowany w 100%. Pokój mamy tani, wygodny, czysty i z klimą, a do tego wystarczająco cichy. Ponieważ dojeżdżamy tam popołudniu, nie bierzemy jeszcze żadnego skutera, tylko przechadzamy się po okolicy w poszukiwaniu kolacji i też czysto krajoznawczo, m.in. na Patong Beach. Tam już więcej nie zachodzimy, bo miejsce odstrasza na kilometr. Jest to tak naprawdę dosyć brzydka i mała plaża, ciasno usiana wszelkimi wynalazkami szatana, takimi jak fastfoody, sklepy znanych marek i punkty usługowe oraz wszelkiego rodzaju podejrzanymi typami, dybiącymi na Twój portfel. Niektórzy z nich bez ceregieli krzyczą do Ciebie przez pół chodnika, czy przypadkiem nie chcesz kupić trawy, a drudzy próbują swoich sił, próbując Ci coś sprzedać w stylu amerykańsko-amway’owskiego handlowca (stopa w drzwiach, niska piłka, drzwiami w twarz i tym podobne techniki manipulacji). Jednym słowem, jeżeli idziesz szybkim, dziarskim i zdecydowanym krokiem, nie zwracasz uwagi na wykrzykiwane w Twoim kierunku zaczepki i nie podasz nikomu dłoni, dając się zatrzymać – może przeżyjesz. W sumie, na Patong Beach byliśmy raz – i był to ostatni raz. W kolejnych dniach dawało nam się omijać to miejsce szerokim łukiem, ponieważ południowa część wyspy Phuket oferuje coś więcej. Na przykład plaże Karon, czy Kata, które są o niebo lepsze od Patong, oddalone zaledwie kilka minut jazdy na południe i do tego są długie, szerokie i czyste. Jak to w Azji, królują tutaj wysublimowane atrakcje wodne, takie jak skutery wodne, paralotnie, motorówki ze spadochronami i tym podobne, ale poza tym można raczej w spokoju poleżeć i podelektować się słońcem (a w przerwach podziwiać szalonych Tajów, którzy latają na spadochronie podczepionym do motorówki “na drugiego”, bez żadnej asekuracji, siedząc tylko na linach). W Chalong pojechaliśmy też do ładnej świątyni buddyjskiej, skuszeni obietnicami przewodnika. Nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia, może dlatego, że wszystko było całkiem nowe, a poza tym mury nie mówią. Natrafiliśmy natomiast na ciekawą atrakcję religijną. Stoi na małym placyku gruby, zwężany ku szczytowi murowany komin, z wejściem mieszczącym dorosłego człowieka. Obok niego, facet w masce i kurtce wojskowej co i rusz wrzuca do niego fajerwerki, które wybuchają w środku z takim hukiem, że niejednemu popękałyby bębenki. Historia się powtarza co jakiś czas, poza tym widać, że facet ma naprawdę spory zapas tych “piratów” i co chwila ktoś daje mu jakieś pieniądze. Z naszych nasłuchów i domysłów wynika, że jest to ichni sposób na złożenie ofiary w jakiejś intencji, tudzież wzniesienie prośby do nieba. U nas, w tym charakterze dzwoni się dzwoneczkami, w innych miejscach może uderza w duży gong, a tutaj wrzuca do ceglanego komina paczkę hukowych fajerwerków i ogłusza wszystkich ludzi w promieniu kilometra. Byliśmy też pod statuetką ogromnego Buddy, która znajduje się trochę bardziej w środku, na dosyć sporej górce. W sumie, to na tak sporej, że ma niezłe widoki, a do tego skuter z dwoma osobami ledwo co podjeżdża i raczej trzeba by ją nazwać solidnym wzniesieniem. Niestety, Budda nie był wciąż ukończony (cele pochodzą z datków), więc nie mogliśmy go podziwiać w pełnej okazałości, ale świątynia jak najbardziej tam już funkcjonuje. Budda faktycznie jest ogromny i króluje nad całą okolicą. Jego alabastrowo biały kolor mile dla oka komponuje się z błękitem nieba i zielenią otaczającej puszczy. Na nasze nieszczęście, nie nacieszyliśmy naszych oczu zbyt długo, ponieważ zastała nas na tym pagórku ulewa z burzą. Woda lała się z nieba jak z cebra, a chmury zeszły tak nisko, że stojąc pod daszkiem na parkingu nie widzieliśmy nawet stóp posągu. A że byliśmy skuterem, to musieliśmy tam tak stać, aż nie przestanie padać. Tak w ogóle, to do zwiedzania Phuket’u polecamy zaopatrzyć się w trochę większy skuter do jeżdżenia niż standardowa Honda Click 125i – np. Hondę PCX 150. Dla dwóch osób jest to wtedy zdecydowanie bardziej komfortowa podróż, zarówno jeśli chodzi o rozmiar kanapy jak i moc silnika. PCX ma też trochę niższy środek ciężkości, więc jest stabilniejszy. Nie wypożyczajcie tylko skutera na przysłowiowej “ulicy”, chyba że wszystko Wam jedno, komu zostawiacie swój paszport. Dobrym pomysłem jest wzięcie go ze swojego lub pobliskiego hotelu, bo tam przynajmniej są jakieś szanse, że mają jakiś sejf oraz, że nie zwiną się z biznesem do następnego dnia.

Następnym punktem programu zrobiliśmy Chumphon, miasteczko położone w środkowej Tajlandii, na tzw. wąskim gardle, już na wysokości granicy z Birmą. Stamtąd planowaliśmy też wziąć pociąg do Bangkoku. Nie znajduje się tam nic, co warto by było opisać bo jest to zwykłe Tajlandzkie miasto. Wielu podróżujących po Tajlandii w ogóle tam nie zagląda, bo przecież nic tam nie ma, a jeżeli już, to wysiadają z pociągu i traktują to jako miejsce transferowe na wyspę Ko Tao – jeden z hosteli wynajmuje nawet łóżka na kilka godzin bez noclegu, żeby można było wziąć prysznic, położyć się , zdrzemnąć. Poza tym, białych twarzy brak i dlatego stwierdziliśmy, że może to być interesujące, z racji braku zepsucia turystami. W pewnym sensie można powiedzieć, że było, jednak nie aż tak. Skończyło się na zaklepaniu miejsca w pociągu nocnym do Bangkoku (druga klasa, bez klimy) i dopięciu zbliżającego się przyjazdu Kasi i Kasi i wspólnego wypadu do Birmy. Nad pociągiem do BKK i samej stolicy będziemy się rozwodzić już w następnym poście c.d.n.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s