Singapurskie szklane domy

Wizytę w Singapurze mieliśmy już w harmonogramie od mniej więcej miesiąca. Mimo to, plan dojazdu ułożyliśmy dopiero na kilka dni przed, gdy już wiedzieliśmy, gdzie wówczas skończymy zwiedzanie Malezji. Stanęło na miejscowości Kuantan, która jest głównym miejscem tranzytowym na wschodnim wybrzeżu. Opcji dotarcia do Singapuru jest kilka. Najłatwiej, ale najdrożej, jest polecieć samolotem. Druga opcja w kolejności kosztowności to pociąg do samego centrum, a trzecia najtańsza to autokar. Z tym, że ta trzecia jeszcze dzieli się na autokar bezpośredni do Singapuru, który przekracza granice oraz autokar, który dojeżdża do ostatniego malezyjskiego miasta przed granicą (Johor Bahru), a później przesiadka w singapurska komunikacje miejska. Ta ostatnia opcja jest dość kombinowana, ale oczywiście najtańsza i z przygodą w pakiecie. Tę opcję zatem wybraliśmy.

Bus z Kuantan z przewoźnikiem Maju express trafił nam się kiepski, bo na wstępie spóźnił sie jakies 45 minut, a potem jechał tak, że serce stawało momentami. Wybraliśmy go, bo chcieliśmy jechać nocą i przekraczać granice z samego rana, a to był jedyny kurs do wyboru. Decyzja niestety niezbyt słuszna, bo przejście graniczne w Johor Bahru jest upchane po brzegi od 5ej rano lub nawet wcześniej. Okazuje się, że mnóstwo ludzi mieszka po malezyjskiej stronie i codziennie dojeżdża do pracy do Singapuru. Motywy takiej rozgrywki są jasne: koszty, ale poświęcanie ok. 6 godzin swojego życia dziennie na te wycieczki zdaje się być naprawdę przesadnym wyrzeczeniem na rzecz pieniędzy. Tak czy inaczej, udało nam się wpasować idealnie w godziny szczytu, wiec po wyturlaniu się w stanie półprzytomnym z naszego autokaru, odganiając wszelkich taksówkowych naganiaczy, udało nam się namierzyć Singapurski autobus miejski, który za 2,4 Ringita przekracza granice i jedzie aż do samego centrum Singapuru. To jednak, że wsiedliśmy do tego autobusu, nie oznacza, że tym autobusem dojedziemy do końca. Bilety trzeba trzymać w garści, bo na granicy roszady są takie, że busy zmienia się dwukrotnie. Przed granicą pierwsza wysiadka, bo trzeba się wylegitymować, że opuszcza się Malezję. Samochody i autobusy kolejkę mają dłuuuugą, więc pasażerów wyrzucają już ładny kawałek wcześniej. Wysiadamy i idziemy za tłumem. Dochodzimy do “terminalu” granicznego. Schody, korytarze, kolejka, strażnik, pieczątka, korytarze, schody, kolejka do autobusu i jedziemy przez most do granicy singapurskiej. Tam ta sama procedura. Marsz, schody, korytarze, kolejka, strażnik, pieczątka, korytarze, schody, kolejka do autobusu i już jesteśmy po drugiej stronie, ale wciąż daleko od miasta. Autobus dojeżdża niby do centrum, ale wlecze się i stoi w korkach jakieś dwie godziny, wiec przesiadamy się do kolejki. Trochę zamieszania z wypłatą gotówki, rozmianą na drobne, potem ogarnięcie systemu biletowego i automatów i jedziemy. W sumie, to nawet na kolejkę plus przesiadkę zeszło się chyba ponad godzinę, ale dotarliśmy, uff.

Gdyby nie fakt, ze trafił nam się housesitting z opieką nad piękną i rozpieszczoną kotką, to pewnie nie byłoby nas stać na tę wycieczkę, bo zakwaterowanie w Singapurze kosztuje krocie, szczególnie jak się do niego wjeżdża po wizycie w sąsiadujących krajach. Cookie, czyli nasza podopieczna, była zdecydowanie bardziej potrzebująca uwagi w porównaniu do naszych poprzednich niańkowań.
Kotka bardzo ułożona, nie skacząca w zasadzie w ogóle, śpiąca większość czasu, ale bardzo rozmiauczona. Główne zadania polegały na raportowaniu do właścicieli (Niemki Iny i Serba Vlada), którzy darzą to zwierzę rodzicielskimi uczuciami i sprawdzali 2-3 razy dziennie, czy aby na pewno wszystko jest OK. Słaliśmy smsy, zdjęcia, a nawet zdawaliśmy raporty sąsiadce, która wpadała z zaskoczenia na prośbę Iny, jeśli nie odpisywaliśmy dłużej na jakąś wiadomość. W związku z tym, byliśmy bardzo przejęci naszą rolą i próbowaliśmy zabawiać Cookie na wszelkie sposoby.

Oprócz powyższych obowiązków, zostawało nam jednak całkiem sporo czasu do zagospodarowania. Razem z kotem w pakiecie dostaliśmy na 10 dni elegancki apartament w jednym z singapurskich osiedli zwanych “kondominiami”. Oprócz 3 pokoi z trzema łazienkami i generalnie wygodnego mieszkanka z klimą, mieliśmy jeszcze do dyspozycji całą paletę rekreacyjnych opcji. Szczególnie przypadł nam do gustu basen na 6tym pietrze, który mieliśmy prawie pod oknem. W związku z tym, codziennie rano zakładaliśmy stroje do pływania, braliśmy ręcznik pod pachę i zjeżdżaliśmy 4 piętra niżej i parę sekund później byliśmy już w basenie. Bardzo to była przyjemna odmiana po naszej tułaczce, czasem w dość spartańskich warunkach.

Z racji tego, że mieliśmy do dyspozycji 10 dni, a w sumie w Singapurze nie ma aż tyle interesujących nas rzeczy, postanowiliśmy poświęcić większość czasu na zrobienie kursów online TEFL do uczenia angielskiego, które nabyliśmy jeszcze w Australii, z myślą o poszukiwaniu zatrudnienia w Azji.
Przeważnie, plan naszych dni wyglądał tak, że po karmieniu i zabawach z kotem, szliśmy się pluskać w basenie, następnie parę godzin robiliśmy kurs i w nagrodę, po lunchu, szliśmy gdzieś na wycieczkę.

Singapur jest taka ładną, przystrzyżoną wersją Azji południowo-wschodniej, z wielkim architekturalnym rozmachem i wszelkimi udogodnieniami dla bogatych biznesmenów. Jak ktoś chciałby zobaczyć ten region świata, ale panicznie boi się robaków, brudu i chorób, a dodatkowo jest uzależniony od osiągnięć cywilizacyjnych, to prawdopodobnie wizyta w Singapurze byłaby dla niego idealnym rozwiązaniem. Problem jednak jest taki, że to miejsce nie ma żadnego drugiego dna, żadnej własnej kultury czy tradycji. To jest po prostu sztuczny twór stworzony na potrzeby biznesu. Są biura, centra handlowe i parki rozrywki i w zasadzie nic więcej. Byliśmy jednak na to przygotowani, wiec nasze wycieczki były kilkoma krótkimi wędrówkami po ładniejszych czy ciekawszych punktach miasta jak Marina Bay, Gardens by the Bay, Chinatown, Little India czy East park. W zasadzie, to zwiedzanie mieliśmy odhaczone już po czterech dniach. Dodatkową atrakcja natomiast, były aktywności organizowane na świeżym powietrzu przez lokalnych członków Couchsurfingu. Dzięki temu, poznaliśmy przelotnie trochę ludzi, pograliśmy w siatkówkę czy też spróbowaliśmy gry w drużynowe frisbie, które wymaga naprawdę solidnej kondycji (ale polecamy, bo zabawa przednia).

Był to dla nas niewątpliwie czas relaksujący i owocny w nadrabianiu spraw zaległych, niestety jednak mimo darmowego zakwaterowania finanse nas cisnęły ze względu na wysokie ceny wszystkiego: jedzenia, picia, przejazdów, nie wspominając o wstępach na atrakcje, które szczęśliwie całkowicie pominęliśmy.

O Singapurze dowiedzieliśmy się jeszcze jednego – ludzie przeważnie lubią to miejsce, jednak nikt nie chce tam spędzać całego życia. Każdy pracujący żyje tam, bo ma pracę. Praca się skończy, niemożliwe jest tam wyżyć, bo drożyzna ze wszystkim okropna, wiec trzeba uciekać. Wszyscy europejczycy, “ludzie zachodu” lub po prostu “biali”, zarzekają się, że nigdy by tu nie chcieli “żyć” w pełnym tego słowa znaczeniu. Pomieszkać można, pensja dobra, praca jest i tylko to nas tu przywiodło i trzyma (z reguły). Nie dziwi nas to, bo tak naprawdę sami mieliśmy takie przemyślenia już na samym wstępie – fajnie przyjechać, zobaczyć, pozwiedzać, ale na krótko.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s