Wschodnie wybrzeże Malezji – szybkie łódki, snorkeling i piękne plaże

Jak dojechać z Penang na drugą stronę kraju? To proste, autobusem nocnym. Wyruszamy z dworca Sungai Nibong, jedyną linią, która jeździ na tej trasie w nocy i dodatkowo dojeżdża do samego portu w Kuala Besut, z którego planujemy wziąć łódkę na wyspy Perhentian. Odpada nam tym samym nocleg i dodatkowy koszt przebijania się na przystań z Kota Baru busem albo taksówką. Lądujemy w mini-porcie jeszcze przed wschodem słońca, bardzo wcześnie rano. Pobieżnie sprawdzamy dostępne łódki (nie ma zbyt dużego wyboru, a lokalesi wciskają kit), więc bierzemy co jest, żeby dostać się na wyspy czym prędzej z rana. Nie mamy żadnych rezerwacji noclegu, więc kluczowe jest znaleźć coś jak najszybciej. Wybieramy mniejszą wyspę, Pulau Perhentian Kecil, tańszą i bardziej backpackerską. Ta większa, czylu Pulau Perhentian Besar, to większe resorty i klimat rodzinny, poza tym drożej. Nasza łódka to w żołnierskich słowach długi kadłub z włókna węglowego z silnikiem samochodowym, który pozwala jej się rozpędzić do piekielnych prędkości, a przynajmniej tak to się odczuwa siedząc na drewnianej ławeczce. W standardzie kamizelki ratunkowe, więc spoko, nie utoniemy, a co najwyżej zabije nas spotkanie z taflą wody, która przy takiej prędkości jest twardości betonu. Tak na serio, to można było sobie co najwyżej powybijać zęby (morze było trochę wzburzone, a obciążenie za małe, więc łódka skakała) i ostro zmoczyć, kapitan łódki wiedział co robi.

Dzięki temu, że łódka leciała pewnie ze 100 kilometrów na godzinę, dotarliśmy na wyspę w bardzo krótkim czasie. Tuż przed plażą mała niespodzianka – molo jest w remoncie, więc zmiana łódki i dodatkowy haracz ze strony przewoźnika. Można też te ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonać wpław, ale na to raczej nikt się nie przygotował, więc kilka dodatkowych ringgitów przepadło. Wychodzimy na plażę na wschodniej stronie wyspy, gdzie mamy wrażenie, właśnie skończyła się impreza, chociaż niektórzy już łapią łódki na ląd (może tuż po imprezie). Szukamy zakwaterowania ale bezowocnie, mały wybór i nikt nie ma ochoty się targować (te zmęczone oczy obsługi mówią same za siebie…). Piechotą przebijamy się na drugą stronę wyspy. To całkiem blisko, ścieżka jest po części chodnikiem mimo że prowadzi przez środek dżungli. Druga strona wyspy okazuje się oazą spokoju. Wszystko jeszcze pozamykane, cisza, spokój. Idziemy sobie plażą i rozglądamy się za noclegiem. Nagle, przerywając grabienie liści, zauważa nas sympatyczny, uśmiechnięty starszy gość, na oko 50-60 lat. Uśmiecha się szeroko i zaprasza na herbatę. Nic sobie nie robi z naszych pytań o nocleg, tylko wyjmuje herbatę, ciasteczka i każe nam odpocząć w cieniu, bo przecież noszenie takich dużych plecaków męczy. Dopiero po dobrych kilkunastu minutach miłej rozmowy o tym i o tamtym, mówi, że ma wolne domki i że chętnie nam je wynajmie, z rabatem. Niby standardowa zagrywka handlowa, na którą nikt się już dzisiaj nie łapie, ale w tamtych realiach naprawdę się wyróżnia, bo normalnie wszyscy i tak mają Cię w głębokim poważaniu – jak nie kupisz Ty, to kupi kto inny, jak nie dzisiaj, to jutro. Podejście do klienta na poziomie chodnika. W natłoku turystów i plecakowców nie ma się nawet co dziwić, każdy by się zmęczył. A tutaj proszę jaka niespodzianka. Właściciel (jak się okazało, to miejsce należało do niego), nawet z przyjemnością się z nami zapoznał, był ciekaw naszych historii, opowiedział kilka swoich. Tego samego dnia uparł się, że zrobi dla nas kolację, bo w końcu jesteśmy jego gośćmi – owoce morza prosto z targu rybackiego. Domek też był niczego sobie. Prosty bungalow z własną łazienką, oknem na dżunglę i kawałkiem tarasu, duże łóżko z moskitierą. Za oknem strumień w dżungli, przed domkiem parę razy przemknął nam nawet nie byle rozmiarów waran. Jeśli już mowa o waranach – są to naprawdę niegroźne i płochliwe stworzenia, z reguły żywiące się zieleniną. Wygląda groźnie ale bardziej boi się człowieka, niż człowiek ich. Są pod ochroną, ale niestety, wciąż są tępione. Czasem, żeby zrobić z nich jakieś dziwne lekarstwo, czasem, żeby nie przychodziły na plaże straszyć turystów. Smutne.

Nasz pobyt upływa pod znakiem odkrywania uroków tropikalnej wyspy, tj. snorkelingu, kajakowania, opalania się, leżenia na hamaku. Wbrew pozorom bardzo aktywnie! Codziennie wymyślamy coś nowego – raz płyniemy na północ wyspy i stajemy na bezludnych, małych plażach, żeby popływać trochę z maskami, raz płyniemy na południe, zobaczyć wioskę rybacką i inne bezludne plaże, a raz po prostu cieszymy się naszą własną plażą i rafą koralową przy niej. Jednego pięknego dnia, płyniemy sobie kajakiem i mijamy się z pewnym mocno mocno opalonym jegomościem, który płynie “jedynką” w drugą stronę. Machamy do siebie w pozdrowieniu i każdy płynie w swoją stronę. Gdy wracamy pod wieczór do naszego bungalow’a, On też oddaje kajak i omawia z naszym właścicielem, jakie to przygody miał w trakcie opływania całej wyspy o własnych siłach. W pewnym momencie, do określenia prędkości używa stwierdzenia, cytuję “formuła łan”. Odwracamy się jak na sygnał i pytamy skąd jest, a tu się okazuje, że mamy nowego kolegę podróżnika – Piotrka, vel. Pielucha. Nie ma to jak zrządzenie losu. Dalsze plany na wieczór i dzień następny ustalają się same, jak wiadomo, trzeba wymienić się przygodami i mądrościami Polaków na emigracji. Poza Piotrem poznaliśmy wielu innych ciekawych ludzi, nie da się ukryć, że to miejsce przyciągało dobrych i pogodnych ludzi. A może tak działał filtr właściciela? Jednym z nich jest Shahrin (pogodny młody malezyjski biznesmen z zacięciem do nurkowania), z którym zobaczymy się jeszcze później w Kuala Lumpur i będziemy bardzo żałować, że nie możemy zostać w Malezji dłużej, ponieważ z Shahrinem dałoby się przegadać niejeden wieczór na wszelkie możliwe tematy.

Jednym słowem, te kilka dni na tej wyspie były bardzo udane. Dobra pogoda, dobrzy ludzie, wszystko dobre. Trochę żal było uciekać ale w końcu chęć nowego zawsze bierze górę i łapiemy łódkę na ląd. Tym razem trafia się tzw. slow-boat, który podobno nie istnieje, nikt o nim nie wie, a na pewno nikt nie sprzedaje na niego biletów turystom. Przynajmniej nie buja, jednak wolniejszy od śmigaczy jest na pewno. Czeka nas teraz wylotka w stronę Kuala Terengganu, do którego podobno łatwo złapać busa miejskiego. Znajdujemy przystanek, na nim pełno turystów również czekających na autobus, który spóźnia się słono. Decydujemy, że nie bardzo nam się chce jechać z tymi wszystkimi plecakowcami, którzy stoją w grupkach i rozmawiają we własnych językach, a tym bardziej tracić czasu na czekanie na autobus, który nie przyjeżdża. Zaczynamy łapać stopa, a udaje nam się to w przeciągu godziny, półtorej. Do samego Kuala Terengganu, ba, do samego guesthouse’u, podwozi nas małżeństwo jadące odwiedzić dzieci na uczelni (bo zbliżają się jakieś święta i dni wolne). Nie mówią za bardzo po angielsku, więc próbujemy się z nimi dogadywać naszym łamanym malezyjskim. Niestety, mimo usilnych starań, średnio nam to wychodzi. Nie psuje to jednak miłej atmosfery, zwłaszcza, że wiedzą dokąd zmierzamy i upierają się odwieźć nas dokładnie w to miejsce, pod samą furtkę. Mówcie co chcecie, ale my kolejny raz dowiedzieliśmy się na własnej skórze, że tym tak naprawdę jest islam – dobre uczynki bratnim duszom, bez względu na okoliczności. Zresztą jak każda inna wiara pozbawiona radykalizmu.

Naszym celem jest Awi’s Yellow House, polecony nam jeszcze na perhentianach, położony w granicach miasta Kuala Terengganu, ale o tyle oryginalnie, że na niewielkiej wyspie w delcie rzeki. Cudowny strzał w dziesiątkę! Cały kompleks jest drewniany, postawiony na planie kwadratu, nad brzegiem rzeki, a właściwie nad samą rzeką, bo na balach (naturalne chłodzenie od spodu), upiększony przeróżnymi detalami rybacko-żeglarskimi, obrośnięty wszelkiego rodzaju kwiatami i pnączami. Gości brak, więc cisza jak makiem zasiał, tylko rzeka szumi pod nami. Właściciel, niejaki Awi, jest z zawodu i zamiłowania budowniczym łodzi. Guesthouse prowadzi przy okazji. Od niego dowiadujemy się, że ten obszar słynie na całym świecie z budowli łodzi w typowym malezyjskim stylu, zwanych Bedarami. Buduje się je latami, ze specjalnego, sezonowanego drewna i bez planów, o tak, z głowy. Niedługo po nas dogania nas Pieluch i kwateruje się w domku obok. Jemu również podoba się ta miejscówka i to na tyle, że finalnie zostaje w niej dłużej niż my. Nasze domki wychodzą bezpośrednio na rzekę, z małymi hamakami na balkoniku i łazienkami pod gołym niebem – wszystko utrzymane w klimacie, przytulne i ciche. Wieczorem wybieramy się pozwiedzać lokalny market jedzeniowy. Jakie przynosimy stamtąd przysmaki to aż się nie chce wierzyć, nie jesteśmy w stanie tego przejeść na jedną kolację! Wszystko świeżutkie i tanie, jak na prawdziwy market przystało. To póki co najlepszy market na jaki zdarzyło nam się zawitać.

Zaraz następnego dnia ruszamy dalej, na następną wyspę, a Pieluch zostaje na dłużej. Awi podwozi nas do miasta, gdzie łapiemy autobus miejski do Marang, kilka kilometrów na południe. Cel – Pulau Kapas, czyli bawełniana wyspa nazwana tak ze względu na drobniutki i delikatny w dotyku piasek na tamtejszych plażach. Jedziemy sprawdzić, czy to prawda. Z Marang na Pulau Kapas jest dosłownie rzut beretem, więc podróż łódką jest krótsza i tańsza, a sama łódka wydaje się wbrew pozorom w lepszym stanie niż te na Perhentianach. Wysiadamy z łódki bezpośrednio na plażę i, faktycznie, przyjemniutki ten piaseczek! Idziemy na daleki skraj plaży, żeby znaleźć kolejne polecone nam miejsce, Captain’s Longhouse. Droga plażą jest cudownie przyjemna i niezbyt długa, bo sama wyspa też do największych nie należy – można ją przejść wszerz w góra 25 minut szybkim krokiem i to samą plażą. Ciekawostka dla zainteresowanych – prąd na wyspie pochodzi całkowicie z paneli słonecznych, przynajmniej w ciągu dnia, a awaryjnie odpalają się generatory spalinowe. Szacunek!

Klimat na wyspie jest wręcz upojnie relaksujący. W czasie gdy tam byliśmy nadchodziła już pora deszczowa, więc było praktycznie po sezonie i nie waliły tu tłumy turystów, co zdecydowanie było dużym plusem – w naszym pensjonacie było na przykład ponad połowa pokoi wolnych i na szczęście niewiele się zmieniło podczas naszego pobytu, który z wielu względów postanowiliśmy “przeleżeć” na hamaku. Po pierwsze, nie da się oprzeć klimatowi tej wyspy, tej odprężającej ciszy i poczucia sielanki, ogarnia Cię to od samego początku. Po drugie, wody dookoła wyspy mają już trochę niebezpiecznych stworzonek, więc snorkeling i pływanie nie było już tak relaksujące. Po trzecie, postanowiliśmy wykorzystać darmowe i całkiem szybkie wifi na nadrobienie zaległości w szperaniu w internecie i na rozmowy na skypie ze znajomymi, którzy zaniedługo mieli do nas dojechać i musieliśmy trochę poplanować. Zeszło nam się tak kilka dni na tym leżeniu w hamaku, chodzeniu po plaży, graniu w plażówkę i surfowaniu po internecie. Finalnie jednak zebraliśmy się w sobie i ruszyliśmy dalej w kierunku Singapuru, czyli na południe. Musimy dotrzeć do Kuantan, gdzie można złapać autokar do Singapuru, jednak po drodze stajemy jeszcze w ciekawie cichej i mało zaludnionej mieścinie z ogromnymi złotymi plażami – Cherating.

O samej miejscowości dużo powiedzieć nie można, bo to zwykła, zabita dechami wczasowa wioska. Jedna ulica, małe rondko, kilka jadłodajni na krzyż. A nam w to graj! Zdecydowanie! Bo cisza i spokój to to, co lubimy najbardziej. Jadłodajnie tanie i smaczne, nie przeludnione, prawie pusta plaża po horyzont, a słoneczko grzeje w najlepsze. Nasza melina, czyli Maznah Guest House, to świetne miejsce za jeszcze lepsze pieniądze. Tani, czysty domek, łazienka niedaleko, a kuchnia otwarta pod samym daszkiem. Wszystko na uboczu, ale wciąż rzut beretem od “centrum” i plaży. Jak to zwykle bywa, cynk sprzedał nam przypadkowo spotkany backpacker na łodzi z Pulau Kapas do Marang – takie właśnie lubimy. Poza tym sąsiedztwo mamy całkiem barwne – dwóch podstarzałych turystów, niezależnych od siebie. Stereotypowego głośnego i roześmianego Włocha, który codziennie pichci jakieś zdrowe i pożywne potrawy komentując na bieżąco, oraz lekko stetryczałego Australijczyka, który przyjeżdża tutaj najeść się krabów, bo w Australii go nie stać. Obaj rezydują tu już minimum od miesiąca, choć wygląda to bardziej tak jakby byli sąsiadami przez całe życie.

Krótki pobyt w Cherating spędzamy głównie na plaży, rozkoszując się ładną pogodą i pustą, ogromną plażą, zwłaszcza w czasie odpływu, oraz eksplorowaniem oferty taniej lokalnej jadłodajni w połączeniu z pracą nad lokalnym językiem ku uciesze obsługi. Lubimy to, że zawsze są tak zaszokowani, że ktoś uczy się ich języka, i że nie oni muszą się głowić w drugą stronę – patrz, wspomniany wcześniej Australijczyk, który przyjeżdża na urlop w to samo miejsce od kilkunastu lat i malezyjskiego nie nauczył się ani krztyny.

Wyjeżdżamy z Cherating na rympał, czyli stopem (łapaliśmy go może z kwadrans). Podwozi nas młody właściciel firmy budowlano-remontowej, który, ku naszemu zaskoczeniu, zaprasza nas również na swój rychły ślub, jeśli tylko będziemy w okolicy. Ci ludzie są tak fajni, że aż nieprawdziwi! Jest tak uprzejmy, że nadkładając drogi dowozi nas na sam dworzec autobusowy pod Kuantan. Tam kupujemy bilety na nocny autobus do Singapuru, zostawiamy plecaki w przechowalni i łapiemy busika do miasta, bo mamy prawie cały dzień do zagospodarowania. Podróż uprzyjemnia nam kierowca autobusu, który ma jakąś nieodpartą chęć pogadać z kimś po angielsku. Zwiedzamy Kuantan łażąc gdzie się da i oglądając co się da, byle nie odchodzić daleko od centrum. Szczerze, to poza ładną promenadą nad rzeką, nie ma tam wiele do zobaczenia w jeden dzień. Wracamy więc wieczorem i łapiemy autokar do Singapuru, na spotkanie z Vladem i Iną, którym obiecaliśmy popilnować mieszkania i kota podczas ich wyjazdu do Europy.

c.d.n.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s