Malezja – prawie jak w domu

Lot do Kuala Lumpur zlecial nam bardzo szybko, glownie ze wzgledu na komforty, ktore przypadly nam razem z tanim biletem w Lufthansie – przekaska, kocyk, filmik, pelna klasa. Juz sie zastanawiamy, jak to bedzie w tej Malezji, co nas znowu zaskoczy. Wysiadamy z samolotu i pierwsze co, przebijamy sie przez prawie caly teminal po bagaze, po drodze wymieniajac pozostale rupie z Indonezji i kupujac lokalna karte sim. Tak sie nam z tym schodzi, ze gdy docieramy do tasmy z bagazami, takowa juz dawno stoi, a bagaze sa zestawione obok 🙂 lapiemy co nasze i tniemy w dluga na autobus do centrum, bo juz pozno, a nasz host z couchsurfingu ma po nas przyjechac. Bus, jak wczesniej wiedzielismy, to najtansza opcja transferu do miasta – tylko 9 Ringittow, czyli 9pln ode lba. Jak juz w koncu docieramy do KL Sentral (glowny hub komunikacyjny w KL) to lapiemy szybko kanapke w McD i czekamy na naszego nowego dobroczynce – Ai’a. Ai okazuje sie tegiej budowy Malezyjczykiem z korzeniami chinskimi oraz duza iloscia pasji do podrozy i… Polski. Pojawia sie nawet w koszulce z napisem War-Saw (w czcionce z gwiezdnych wojen). Jego dziewczyna jest Polka i mieszka w Warszawie, poznali sie jak studiowala w KL na wymianie studenckiej ok. pol roku temu. Sam Ai byl juz w Polsce ale planuje tam wrocic, glownie z powodu Tatr i sniegu, ktory podobno wszyscy malezyjczycy uwielbiaja 🙂

Zajezdzamy jego bialym stuningowanym Protonem na wlosci – troche daleko, bo az w Subang Jaya, jednak za to cicho i spokojnie, czego tak nam potrzeba po przeludnionej Indonezji. No i juz pierwsze spostrzezenia z tego kraju – czysto, schludnie, drogi, autostrady, chodniki. Szok. Jak mowimy Ai’emu, ze tu strasznie czysto to zaczyna sie smiac, ze przeciez wcale nie… My mu na to, ze chyba nie byl w Jakarcie, bo tam nawet jak jest chodnik, to oczu od niego oderwac nie mozna, zeby nogi nie zlamac albo nie wpasc do kanalow, takie dziury i syf. Dziala to na jego wyobraznie ale ciekawosc bierze gore i mowi, ze w takim razie kiedys musi to zobaczyc, inaczej nie doceni, hehe.
Dostajemy pokoik z lozkiem i materacem, obok kuchni i lazienki. Milo, cicho i przyjemnie, nawet pralka jest, a zaraz znawia sie Ai i mowi, ze ma zapasowego laptopa, na ktory nam nawet zgral nowy film polski ‘Ida’ i ze mozemy obejrzec i korzystac z niego jesli chcemy. Heh, bomba, bedzie latwiej planowac i googlowac. A propos, dochodzimy do wniosku, ze ipad w podrozy jest w duzym stopniu nieprzydatny… Ma bardzo ograniczona funkcjonalnosc, jezeli chodzi o aplikacje, zlacza zewnetrzne, system, klawiature. Owszem, wygodniej sie na nim pracuje niz na iphonie, ale poza tym, ze jest to duzy iphone – nic wiecej nie daje… Obecnie, na duzy plus wychodzi raczej posiadanie iphone’a z mophiem/powerpackiem oraz macbooka air (maly, lekki, cienki) lub czegos w stylu tableto-netbooka (acer iconia?). Wielbiciele apple’a juz sie pewnie podniesli z miejsc, jednak z praktycznego punktu widzenia nie ma sie co oszukiwac, iconia ma czytnik kart pamieci, zlacza usb i hdmi, system operacyjny na ktorym mozna zainstalowac wszystko i przede wszystkim jest przenosna pamiecia. Teraz wielbiciele apple’a z powrotem usiedli, bo wiedza o czym mowimy 🙂 Koniec dygresji.

Wracajac do naszych pierwszych wrazen o Malezji, to jest to bardzo europejski kraj jak na Azje. W calej malezji zyje tyle ludzi co w samej Jakarcie (ok 27 mln), wiec jest miejsce i duzo zieleni. Maja autostrady z prawdziwego zdarzenia, transport publiczny rowniez dziala jak nalezy, wszedzie mowia po angielsku (dla nas akurat lipa, bo nie ma jak cwiczyc bahasy) i do tego wszelkiego rodzaju uslugi sa na miedzynarodowym poziomie. Przynajmniej w Kuala Lumpur :-). Jest tez duzo bialych twarzy, nie tylko turystow ale rowniez rezydentow – najwidoczniej Malezja kusi rynkiem pracy. Slyszelismy tez, ze w tym momencie Malezja ma najwyzszy standard edukacji na calym kontynencie, na wszystkich poziomach, z naciskiem na szkoly wyzsze. Jeszcze w Indonezji mowili nam, ze najbardziej ambitni uczniowie zawsze staraja sie o stypendia do Malezji, bo to pozniej otwiera wiele furtek. Koniec kolejnej dygresji 🙂
Jest wiec czysto, milo i przyjemnie, da sie lubic to miasto, pomimo tego, ze niewiele tu jest do zobaczenia. Pasar seni, czyli centralny market, to odnowiony bazar z duza iloscia rekodzielnictwa. Masjid jamek to wielki, pierwszy murowany w KL meczet, ktory wciaz dziala (chyba jest tez najstarszy) ale naczytalismy sie, ze nieciekawe to miejsce ze wzgledu na wielu bezdomnych w okolicy i w koncu nie poszlismy. Merdeka square, czyli plac niepodleglosci, to bardzo sympatyczne miejsce, czuc historie i czasy kolonialne. Na tym placu faktycznie proklamowano niepodleglosc Malezji w 1957 roku i z masztu, jednego z najwyzszych na swiecie, zjechal wtedy ostatni brytyjski union jack. Tuz obok placu jest KL city gallery z darmowym wstepem, gdzie mozna podziwiac makiete calego miasta z prezentacja multimedialna, historyczne zdjecia z czasow kolonialnych i nie tylko, do tego na miejscu pracuja niesamowici rzemieslnicy, ktorych prace z drewna mozna kupic w sklepiku galerii (…link…). Jest rowniez interesujacy park niedaleko, gdzie na wlasne oczy zobaczyc mozna mysiego jelonka (!), czyli miniaturke miniaturki bambi, o nozkach jak patyczki i noskiem jak mrowkojad. Pozniej dowiedzielismy se, ze ma nawet swoj wklad w powstanie miasta Malaka na poludniu Malezji, takie male niepozorne, a jednak. Na wieze Petronas nawet sie nie porywalismy, bo nie bylo sensu. Po bilety na wjazd kolejki nie z tej ziemi, a to przeciez tylko dwa wysokie budynki i to jeszcze widoczne z kazdego miejsca w miescie, wiec mozna ogladac skad sie chce i to za darmo.
Pokrecilismy sie tak po tym Kuala Lumpur przez chwile, az tylki nas znowu nie zaswedzialy i chcielismy gdzies ruszyc.

Przypadkiem udalo nam sie zalatwic krotki wolontariat na wyspie Penang i tamze sie udalismy, po drodze zwiedzajac Cameron Highlands, herbaciane imperium. Jest to miejsce chlodniejsze z powodu wysokosci n.p.m. co pozwala na wykorzystanie ziem pod uprawe herbaty i wielu innych rzeczy, ktore w tropikach nie daja rady (np.truskawki). Jak sie okazalo, samo miejsce nie ma za wiele do zaoferowania dla takich biednych zwiedzaczy jak my. Niewatpliwie klimat jest przyjemnym odpoczynkiem od temperatur z Kuala Lumpur, jednak bez wykupienia wycieczek do dzungli lub na plantacje – nuda. Jak sie ma jednak troche grosza to najlepiej chyba zobaczyc Raflezje, ogromne kwiaty rosnace w dzungli. Podobno robia wrazenie.

Posiedzielismy wiec chwile w tych wyzynach i zaraz potem smignelismy na wyspe Penang. Wyspa jest naprawde ogromna i gesto zaludniona, co niestety utrudnia poruszanie sie komunikacja miejska ze wzgledu na korki. Glownym miastem jest Georgetown, ktory znajduje sie na liscie zabytkow Unesco, ze wzgledu na zachowana bardzo stara architekture z wczesnych czasow kolonialnych. My trafilismy do polnocnego rejonu Tanjung Bungah, do Pani o imieniu Pamela Nowicka (hehe, polskie korzenie, a jak), ktora pochodzi z Anglii, jest pisarka i mieszka w Malezji z powodu tanszych kosztow utrzymania (glownie). Zaprosila nas na wolontariat, zeby zaznajomic sie z cala idea programu wymiany pracy na zakwaterowanie, wiec moglismy jej przekazac sporo wiedzy ale rowniez pomoc troche w obowiazkach domowych, z ktorymi sama, jako kobieta niewielkich gabarytow, nie mogla sobie poradzic. W miedzyczasie pojezdzilismy sobie po wyspie ile sie dalo, niestety tylko po polnocnej czesci z powodow komunikacyjnych. Na przystanek autobusowy musielismy isc ok 20-25 minut w jedna strone, a do Georgetown jedzie sie okolo 30-45 minut. W zwiazku z tym, koszt i czas dojazdu gdziekolwiek indziej bez wlasnego skutera/samochodu jest dosc odstraszajacy. Nawet zastanawialismy sie nad wypozyczeniem skutera ale ceny okazaly sie zaporowe – na Bali mozna wynajac 110 lub 125cc juz za 4AUD za dzien bez paliwa, co jest cena bardzo OK. Na Penang krzycza sobie ok 70MYR, co jest ekwiwalentem ok. 70PLN lub ok. 23AUD (za dzien, bez paliwa). Jakby nie bylo i jakby wszyscy nie krzyczeli, ze to Malezja, a nie Indonezja (z czym sie spotkalismy, gdy probujac dowiedziec sie o ceny porownalismy Penang do Bali w trakcie dyskusji) to i tak za drogo jak na naz budzet podroznika.Zamiast tego posmigalismy autobusem z lokalesami i tez bylo fajnie. Udalo nam sie tez kilka razy zlapac stopa, zeby nie wydawac kasy na bilety. Najlepsze bylo, jak raz wracalismy z Georgetown, z zakupow. Wsiedlismy w autobus i zaspalismy z przystankiem. Zdarza sie! Jednak chcac wysiasc na nastepnym dojechalismy az do Batu Feringghi, czyli do nastepnej wioski oddalonej o kilka kilometrow… Chcac, nie chcac, musielismy wrocic jakims transportem i z nudow, czekajac na autobus, zaczelismy lapac stopa. Bardzo szybko wziela nas dziewczyna w malutkim samochodziku a’la micra, pochodzenia indyjskiego o imieniu Danish. Imie ladne ale jak sie przedstawila, to my od razu, ze skoro ona Danish, to my Polish. Smiechu bylo tyle, ze znowu przejchalismy nasza miejscowosc, hehe, i musielismy ponownie zlapac stopa. Do trzech razy sztuka, jak to sie mowi!

Finalnie Penang byl dosc przyjemny, chociaz bardzo goracy, momentami az zbyt goracy. Melismy tez przygode ze skolopendra olbrzymia, ktora ugryzla Filipa w kolano podczas snu. Co bylo dosc dziwne, ze w ogole sie tam zjawila, bo w naszym pokoju nie bylo dla niej zadnego jedzenia. Sama skolopendra miala ok 13 cm dlugosci, wiec dosc mala jak na olbrzymia (na szczescie) i dzieki temu neurotoksyna roniez byla dosc slaba. Najwiekszy problem ze skolopendrami jest taki, ze na ich ugryzienia nie ma dzialajacych srodkow przeciwbolowych – podobno nie dziala nawet morfina, a niektorzy specjalisci porownuja bol do rany postrzalowej. Samo ugryzienie boli przez ok 24h,a potem samo przechodzi. I faktycznie, tak bylo. Uczucie jest paskudne, bo parzy i piecze naraz, a pomimo tego ze staw i miesnie dzialaja bez zarzutu, to mozg jest oszukany przez neurotoksyne i czlowiek caly czas walczy z tym, zeby nie kulec. Mija doba i wszystko wraca do normy.

Po Penang postanowilismy zmienic klimat i ze zurbanizowanego i uprzemyslowionego zachodniego wybrzeza malezji, pojechalismy na wschodnie, zeby na wlasne oczy zobaczyc te tropikalne wysepki i plaze i odpoczac od cywilizacji. Od poczatku planowalismy wybrac sie na Perhentiany, jednak naczytalismy sie o nich zlych opinii i prawie odpuscilismy ten pomysl. Ludzie pisali, ze wyspy sa przede wszystkim zalane dosc kiepskim typem imprezowiczow i bawiduchow, ze jest glosno i niezbyt sympatycznie. W pewnym momencie nam sie na szczescie odwidzialo, glownie za sprawa naszej argentynskiej kolezanki podrozniczki, poznanej w Nowej Zelandii, ktora sprostowala wszystkie zarzuty, opisala problemy, pokazala zdjecia. Stwierdzilismy, ze trzeba to zobaczyc na wlasne oczy, raz kozie smierc.

C.d.n – perhentiany i inne tropiki

 

 

Advertisements

2 Comments Add yours

  1. K. Sz. says:

    Dobrze się czyta, ciekawe zdjęcia.

  2. Kate47 says:

    A gdzie w domu masz małpie harce?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s