Jakarta – diabelskie miasto i… tajemnicza karma

Bylismy w Jakarcie tylko tydzien ale nie wiemy nawet od czego zaczac, tyle sie wydarzylo… No dobrze, polecimy chronologicznie.
Dotarlismy na stacje glowna z Bogor kolejka podmiejska, ktora w pelnym luksusie dowozi ludzi z przedmiesc do pracy w stolicy (klimka, siedzonka itp.). Wyskok ze stacji juz daje w pysk smrodem i tlumem ludzi na ulicy, a dodatkowo halasem bardzo ciezkiego ruchu ulicznego. Do tego wysoka temperatura i slonce nie pomagaja. Mielismy juz wczesniej zaklepany hotel, wiec udajemy sie tam z buta, bo odleglosc wcale nie duza (niestety nie udalo nam sie zalapac na zaden CS). Kolejny raz sie przeliczylismy, bo tak, jak lubimy chodzic, tak Jakarta jest ewidentnie miastem przeciwnym chodzeniu. Chodniki sa mikre lub ich wcale nie ma. Jak juz sa to nierowne i dziurawe albo zastawione samochodami, skuterami i warungami, ew. sprzetem sklepowym. Istny slalom gigant i przepychanie sie w tym scisku, wiecej patrzysz pod nogi niz sie rozgladasz, hehe. Docieramy do hotelu (jakos) i zaczynamy od luksusowego prysznica i nastawieniu klimy na lodowke.
Acha, plan jest taki, ze zostajemy tu tylko jedna noc i nastepnego dnia rano lapiemy lodke na Pulau Seribu (tysiac wysp), czyli archipelag ok. 100 wysp na polnoc od Jakarty. Ale plan, jak plan, zawsze sie cos nie udaje. W naszym przypadku glowny problem to miejsce, skad trzeba wyplynac i tutaj prosimy o zapiecie pasow, bo odjezdzamy!
Przystan, z ktorej nalezy wziac lodke, nazywa sie Muara Angke. Problem tylko w tym, ze lodzie, ktore stamtad plywaja, sa starymi drewnianymi, “tradycyjnymi” lodziami transportowymi, ktore zabieraja naraz po 100 osob, silnik ma zaledwie 2KM (w porywach) i o kamizelkach czy szalupach ratunkowych mozna tylko pomarzyc. Niezla przygoda ale bez przesady. Zwlaszcza, ze rzad wybudowal kilka lat temu nowe molo, z ktorego jezdza dwie nowe rzadowe lodki za niewiele wiecej ale w normalnych warunkach (tyle, ze sa to lodzie dla lokalesow, wiec oni maja pierwszenstwo kupienia biletu). Nowe molo/przystan nazywa sie Kali Adem i nie ma na Jej temat zadnych informacji w internecie, a ludzie w Jakarcie rowniez niezbyt o niej wiedza. Jest rowniez calkiem nowa, prywatna przystan o nazwie Ancol, gdzie stoja mega wypasione prywatne lodzie i motorowki i gdzie mozna sie zalapac na rejsy organizowane i prywatne czartery (drogo jak cholera).
Nasza przygoda natomiast opiera sie na jednym, bardzo waznym slowie w jezyku bahasa indonesia, mianowicie “baru”, co znaczy “nowy” oraz na mentalnosci ludzi w poludniowo wschodniej azji – jesli o cos sie spytasz, a ktos kompletnie nic nie wie, to powie Ci cokolwiek, byle sie nie przyznac, ze nie wie 🙂
Dlatego tez pierwsze kroki w Jakarcie, robimy rozeznanie wsrod miejscowych i probujemy wytlumaczyc, ze chcemy na Pulau Seribu ale z nowej przystani, nowymi lodziami. Pierwsza wersja jest taka, ze Muara Angke jest stara przystania, a Ancol nowa. Ok, wstajemy wiec nastepnego dnia co swit i lecimy autobusem do Ancol (przy okazji, w Jakarcie dziala tzw. Busway, czyli szybki system transportu miejskiego, autobusy na wyizolowanych buspasach). Droga schodzi nam sie dluzej niz planowalismy (korki) i docieramy do ancol pozniej, niz powinnismy. Wychodzimy z przystanku i pierwszy cios w nos, za wejscie na teren przystani (teren rekreacyjny) 25.000 rupii ode lba. Tak znikad ale musimy zaplacic i wchodzimy dalej. Okazuje sie, ze wszystkie lodki juz wyplynely, nastepne jutro rano, a jedyne mozliwe to prywatne czartery po 3mln rupii w jedna strone (moze nawet od osoby). Wracamy wiec do kas i upominamy sie o zwrot pieniedzy za bilety, bo szlag nas trafia, ze zaplacilismy w sumie 50.000 rupii za nic. Gadka szmatka i po pol godzinie delikatnych negocjacji dostajemy kase z powrotem (niezly sukces chyba, to w koncu podatek rzadowy…). Lapiemy znowu busa i pytamy sie kolejnych ludzi o lodki, teraz wszyscy mowia, ze Muara Angke to najlepsze miejsce. Przebijamy sie do Jakarty polnocnej, czyli do Pluit.
Tam postanawiamy znalezc kolejny hotel, zostawic plecaki i sprobowac szczescia nastepnego dnia rano. Nauczeni doswiadczeniem, postanawiamy dokladnie przeszperac google’a, przepytac jak najwiecej osob, przejsc sie na piechote na przystan i znalezc to miejsce, oraz zamowic taksowke na nastepne rano z pewnoscia, ze to bedzie dobre taxi, a kierowca bedzie wiedzial dokad jechac. Przy okazji odpoczywamy, bo ile mozna sie taszczyc z tymi plecakami po miescie (w tym miejscu jestesmy juz swiecie przekonani, ze wiemy wszystko o wszystkim, bo bardziej dokladnego rozeznania zrobic sie juz nie da).
Wychodzimy na spacer na przystan. Dluga droga, brak chodnika, glosno. Dochodzimy tam i co sie okazuje – sa stare lodzie i jest targ rybny. Lodzie nie te, ktorych szukamy, oraz smierdzi tymi rybami na kilometry. Plus caly teren jest lekko zalany, co poteguje smrod i ilosc brudnych kotow w okolicy ale da sie w miare przejsc. Rzadowej przystani w koncu nie znajdujemy, a dowiadujemy sie za to, ze (nowa-baru) przystan jest zupelnie gdzie indziej i nazywa sie Muara Baru (czyli nowa przystan). Nawet pokazujac zdjecia lokalesom kazdy mowi co innego i nie da sie z nimi dosjc do ladu. Wracamy taksowka, bo juz ciemno i polegamy na obsludze hotelu i ich znajomosci angielskiego, zeby upewnic sie, ze jutro rano dojedziemy w dobre miejsce. Pewni sukcesu idziemy na kolacje, zeby swietowac Basi urodziny – tripadvisor podpowiada nam super miejsce w okolicy z owocami morza i obsluga biegla w angielskim. Miejsce ok, duzo klientow ale z tym angielskim jednak srednio… Co tam, nie takie rzeczy. Najgorzej, ze menu nie ma cen, bo wszystkie owoce morza kupuja na targu, a tam cena zmienia sie kazdego dnia. Dopytujemy wiec o rozne potrawy i okazuje sie, ze mozemy sprobowac kraba i grillowanych krewetek, bo cena w miare akceptowalna – 30.000 rupii za kg kraba (pyszny ale trzeba byc bardzo cierpliwym :-)) rozkoszujemy sie kolacja, a obsluga ma z nas niezly ubaw, bo cackamy sie z tym krabem jak z porcelana. Dochodzi do rachunku a tam kwota – 200.000 rupii… What…??? Szybka gadka i okazuje sie, ze zaszla mala pomylka, bo krab kosztuje 30.000 za uncje, nie za kilo, a bylo go ponad 4 uncje… Takie tam bzdety niewazne przeciez, kilogram, uncja, kto by sie przejmowal – plac i tyle. Nie puszczamy takich rzeczy plazem, wiec zaczynamy rozrube (hucznie powiedziane, bo w azji, negocjujac, przede wszystkim nie mozesz okazac zadnych emocji, bo od razu przegrales. Trzeba wszystko robic z cierpliwoscia i usmiechem). Wiadomka, gdybysmy wiedzieli prawdziwa cene to nigdy bysmy sie nie skusili na takiego krabka. Filip rozmawia w koncu z wlascicielem restauracji przez telefon i udaje sie ugrac wszystko na nasza korzysc, placimy pierwotna cene, a reszte pokrywa wlasciciel (najtanszy krab w miescie, 30.000 rupii za 4 uncje!). Zaczynamy miec jednak juz troche dosc tego klocenia sie o wszystko…
Udajemy sie na zasluzony wypoczynek i wstajemy z ranca o 6 na sniadanie, spakowani i gotowi do drogi. Upewniamy sie w recepcji i oczywiscie zmienila sie obsluga, taxi nie zamowiona i wszystko trzeba tlumaczyc od poczatku. Wrrr. Wsiadamy w taxi, kierowca nie mowi po angielsku. Wrrr. Wyjezdzamy spod hotelu, a parkingowy rzada 3000 rupii za wyjazd. Wrrr! Spieszy nam sie, wiec placimy. Kierowca pyta – angke czy baru? Wrrr – mial wiedziec! Mowimy baru, wiezie nas na muara baru i mowi, ze tu tylko targ rybny. Mowimy, ze mialo byc baru ale kali adem, a on na to, ze to przeciez w angke! Wysiada i pyta o droge dwa czy trzy razy, nie stopujac licznika nawet na nasza wyrazna prosbe. Myli droge, laduje sie w wielki korek, nie wie o przebudowie mostu i jedzie drugim mostem okrezna droga, rowniez w korku, a jak wjezdza w koncu na muara angke, to staje na samym poczatku i mowi, ze przystan zalana, on dalej nie jedzie i ze musimy sie przesiasc na ryksze za 10.000 rupii (a licznik pokazuje juz prawie 70k rupii, przy czym wczoraj ten sam odcinek tylko krotsza droga pokonalismy za 16k). Nasza irytacja siega zenitu i karzemy mu wracac do hotelu, gdzie licznik dobija do 100.000 rupii. N e zamierzamy placic tego rachunku, wiec rozpoczynamy ponad godzinna batalie o nieplacenie rachunku za niedostateczny poziom obslugi przy pomocy obslugi hotelu, infolinii taksowek, managera hotelu i ochroniarza. Tym razem glowna sila negocjacyjna jest Barbara (duma rozpiera ma mezowa piers!), co owocuje zaplaceniem rachunku o wysokosci 17.000 i odprawieniem taksowki z kwitkiem i odzyskaniem tych 3000 rupii za parking (dziwne, nie? Hotel, taxi, a kaza i tak placic).
Wyczerpani siadamy w lobby hotelu i zalamani probujemy zmienic nasze plany, zeby mialy jakis sens, bo mamy juz kupione bilety na lot do malezji i nie mozemy ich zmienic. Daje nam to kilka dni, ktore musimy spedzic w miescie, ktore nas jak na razie nienawidzi… Zdesperowani jedziemy przez wszystkie mozliwe opcje od lotow po hotele, wycieczki, groupony, deal’e grupowe i cala reszte bez wiekszego sukcesu. Po dwoch godzinach zdesperowani wrzucamy publiczne wolanie o pomoc na forum couchsurfingu i czekamy. Musimy kupic kolejna noc w hotelu i wybieramy tanszy hotel niz dotychczas (Antoni, do tej pory bylo to faveHotel), ktory niestety jest w centrum jakarty (pierwsza noc spedzilismy w fave w glodok, druga w fave w pluit, a trzecia znowu w antoni glodok, wiec krecimy sie po miescie jak bak po pokoju).
Droga z powrotem, pomimo, ze pokonalismy ja juz wczesniej, okazuje sie nie bez niespodzianek. Pytamy w autobusie na przystanku czy jedzie do Koty, glownego wezla i mowia, ze tak, wiec wsiadamy. Wcale tam nie jedzie! Odbijamy za to grubo na poludnie, totalnie okrezna droga. Wysiadamy, pytamy znowu, przesiadka w Semanggi (wezel poludniowy) bedzie najlepsza. Wsiadamy znowu w autobus, pytamy czy do Semanggi, tak. Troche inny ten autobus, jakby wygodniejszy, trudno, siadamy, a tu kaza placic. Za co? Przeciez mamy bilety? Ale to autobus lux, wiec dodatkowa oplata. Shit. Wysiadamy na nastepnym przystanku i czekamy na autobus miejski. Przyjezdza, numer dobry, wiec przynajmniej wiemy dokad jedzie. Trzy przystanki, cztery. Pytamy czy to juz Semanggi, mowia, ze tak, wiec pchamy sie do wyjscia, nagle mowia, ze to nastepny, wiec odpuszczamy. Nastepny przystanek, to nie Semanggi, wiec pytamy o co chodzi, a wszyscy, ze Semangii to byl poprzedni. Ech, niewazne. Wysiadamy i mamy dwie opcje – pruc na nielegalu, piechota, buspasem, po ulicy jeden przystanek wstecz, lub przejsc na druga strone i cofnac sie jeden przystanek busem, niestety nie ma jednak opcji transferu, wiec musimy kupic nowe bilety. Wybieramy okienko numer dwa ale z glowa – klocimy sie o niekupowanie nowych biletow i wpuszczaja nas na przystanek boczna bramka. Docieramy w koncu na to cholerne Semangii, cali spoceni, zziajani, zmeczeni i troche zrezygnowani i co sie okazuje, wezel jest na tyle duzy, ze transferem jest podniebny chodnik, ktorym na drugi przystanek dyma sie minimum 20minut piechota… Szlag by to. Twardzi jestesmy i sie nie poddajemy. Docieramy do hotelu, ktory okazuje sie dosc obskurny jak za te cene i wyklocamy sie o zmiane pokoju na lepszy. Udaje sie i dostajemy mniej obskurny pokoj, w ktorym da sie troche odpoczac.
O dziwo, nasze publiczne wolanie o pomoc na couchsurfingu okazuje sie skuteczne – odzywa sie Fajar, ktory nie moze nas goscic ale chetnie sie z nami spotka i pomoze z czym trzeba, odzywa sie tez Amil, ktory proponuje nam nocleg na dwa dni, bo potem leci do Singapuru, oraz Zulfikar, ktory przyjmuje nas do swojego skromnego pokoju na ostatni dzien przed wylotem.
Z Fajarem umawiamy sie na wieczor na kolacje i kawe (w indonezji pija sie kawe glownie wieczorem, poniewaz w Islamie ludzie modla sie piec razy dziennie, a pierwsza modlitwa jest juz o 5 rano, wiec kawa wieczorem pozwala na wycisniecie z dnia ile sie da) i nawet autobus, ktorym jedziemy na spotkanie, prawie sie psuje. No ile jeszcze mozna miec tej zlej karmy…? Na szczescie, z momentem zdobycia nowych przyjaciol w Jakarcie karta nam sie odwraca i udaje nam sie choc troche polubic to miasto (a w sumie nie miasto, tylko samych ludzi). Z Fajarem i jego kolezanka Olivia spedzamy przemily wieczor przy kolacji i kawie, rozmawiajac do poznych godzin wieczornych o roznych roznosciach. Fajar nawet byl w polsce 2 razy i uczy sie polskiego, szok! I jaka egzotyka zarazem! Co prawda uczy sie z ksiazek i mowi jezykiem ksiazkowym ale zawsze szacun 🙂
Mala dygresja – jak tak siedzimy na tej kawie i gadamy, na telewizorze pod sufitem pojawia sie informacja, ze na jednej z lodek rzadowych dzisiejszego ranka nastapil jakis wybuch i ze kilka osob jest ostro poparzonych. Lodka wyplynela ok 8.30 rano z Kali Adem… Wszyscy milkna i nie wierza, potwierdzamy tego newsa w internecie i faktycznie tak bylo. Zastanawiamy sie, czy przypadkiem szereg naszych niepowodzen z dotarciem do tej przystani nie mial na celu nie wpuszczenia nas na te lodke… Dobra karma w zlej karmie? – koniec dygresji.
Nastepnego dnia, pelni dobrych nadziei jedziemy znowu do Pluit, poznac naszego nowego gospodarza, Amila. Amil jest z pochodzenia Filipinczykiem, nauczycielem angielskiego i podroznikiem. Chce zwiedzic cala azje, a potem europe, zarabiajac tym samym pieniadze w roznych miejscach. Mieszka bardzo blisko morza w 23. Pietrowym kondominium na planie kwadratu z malymi knajpkami na parterze. Jego mieszkanie jest skromne i nie za wielkie ale miescimy sie tam bez problemu i bardzo milo spedzamy dwie noce dzielac sie doswiadczeniami i opiniami o swiecie, o Polsce i o Filipinach. Umawiamy sie rowniez na spotkanie w Singapurze, jako, ze bedziemy tam w tym samym czasie pod koniec wrzesnia.
Nastepny przystanek w podrozy, to znowu poludniowa czesc Jakarty, tzw. Blok M. Teraz juz wiemy jak bardzo dalismy ciala z tym planowaniem, bo wciaz krecimy sie po calym miescie jak idioci, teraz znowu jedziemy na poludnie, a lotnisko jest na polnocnym zachodzie… Nie zalujemy jednak niczego gdy poznajemy Zulfikara, mlodego PRowca prawnika z Indonezji, ktory oddaje nam wlasne lozko, a sam spi obok na podlodze. Slabo? Zabiera nas od razu na obiad do japonskiej knajpy niedaleko, ustawia nas ze swoja przyjaciolka Hanny na zwiedzanie Jakarty piechota i zaprasza wieczorem na festiwal muzyczny, na ktorym organizuje konferencje prasowa dla jednego ze swoich klientow. Uff, duzo atrakcji. Spacer po Jakarcie okazuje sie bardzo przyjemny, zwlaszcza, ze na koniec trafiamy na Pasar Santa (bazar santa), ktory jest obecnie centrum ruchu hipsterskiego w miescie – male kawiarenki, sklepiki, rozglosnia radiowa (indonezyjczyk z dredami?) i wiele innych, czyli zupelnie inny swiat. Zostajemy tez na szybki posilek z cala grupa chodziarzy ale zwijamy sie szybko na festiwal do Zulfikara, gdzie docieramy tak zmeczeni, ze zawijamy sie tez dosyc szybko do domu. Na szczescie Zulfikar dal nam klucze i nie musimy na niego czekac.
Nastepny dzien to juz dzien wylotu, wiec planujemy niewiele, pomimo tego, ze lot mamy dopiero wieczorem. Zapraszamy naszego gospodarza na sniadanie na pancake’i, potem jedziemy do muzeum indonezji w dawnym banku indonezji i wracamy, zeby sie przepakowac i spokojnie dotrzec na lotnisko. Zalujemy, ze moglismy tak malo czasu spedzic z Zulfim, jednak ma on przyjechac do Polski za jakis czas i moze spotkamy sie znowu 🙂
Lapiemy autobus z bloku M bezposrednio na lotnisko i docieramy tam z komfortowym zapasem czasu, zeby znalezc odprawe, przepakowac bagaz podreczny, przejsc przez wszystkie kontrole i zaplacic wszystkie podatki wylotowo-lotniskowe (wiza wjazdowa do indonezji to 35usd w tym momencie, oplata wylotowa to 150.000 rupii z jakarty, 200.000 rupii z Bali). Szukajac czegos do zjedzenia trafiamy do Starbucksa (juz trudno) i tam przed nami w kolejce stoi wysoki, krotko ostrzyzony ale z wasem i broda mlody amerykanin, ktory wyglada na bardzo zestresowanego i w wielkim pospiechu. Pokazuje karte obsludze i probuje cos z nimi negocjowac jednak tamci tylko rozkladaja rece i mowia, ze nie moga pomoc. Pytamy co sie dzieje i okazuje sie, ze chlopak jest w niezlym “gownie” – zostal w Indonezji 3 dni za dlugo i musi teraz zaplacic 150USD kary za siebie i zone, ma juz tylko pol godziny zanim wyrzuca jego bagaz z samolotu, wisi nad nim widmo kolejnej nocy w Jakarcie, wyzszej kary wizowej i przebukowanie lotu na niewiadomo kiedy, a jego karty nie sa w stanie wyplacic gotowki w zadnym bankomacie ani terminelu (tak jak na Bali wszystko jest ustawione pod turystow, tak wszedzie indziej juz nie bardzo i zdarza sie, ze uzywaja zupelnie innych systemow, bankomatow, terminali etc.). Caly sie trzesie i juz prawie zrezygnowany probuje cos jeszcze wykminic – pomysl na placenie w starbucksie jego karta i branie od klientow gotowki byl bardzo radykalny ale nie uzbieralby 150 usd w pol godziny… Razem tez nie jestesmy w stanie nic uradzic i w koncu decydujemy, ze wyplacimy mu pieniadze z naszego konta, ot tak po prostu, a on nam jakos odda. Gosciu przeciera oczy ze zdumienia i prawie skacze z radosci pod sufit, tlumaczy, ze jest dentysta w usa i kasa to nie problem, przeleje w ciagu 48h z powrotem, ze mozemy zatrzymac jego telefon w zastaw, ze zrobi nam zeby w stanach za darmo itd. Itp. Nam jednak wystarcza zdjecie jego paszportu, wymiana danych kontaktowych i jego slowo honoru (kto by chcial samsunga w zastaw, hehe). Wysylamy mu nasze dane konta na mail’a, zostajemy okrzyknieci najbardziej zyczliwymi ludzmi jakich kiedykolwiek spotkal w swoim zyciu, kazdy z osobna dostaje wielki uscisk i to autentyczne spojrzenie pelne wdziecznosci na pozegnanie… Udajemy sie w kazdy w swoja strone i nawet nie mamy na ten temat drugich mysli – doswiadczylismy juz tyle ludzkiej dobroci w naszej podrozy, znalezlismy tylu nowych przyjaciol i nauczylismy sie tak wiele, ze pieniadze nie wydaja nam sie juz chyba tak bardzo kluczowe w zyciu jak kiedys. Oczywiscie, zawsze ma sie je z tylu glowy ale przeciez nie sa wszystkim. Dlatego tez pewnie traktujemy pozyczenie 150USD calkowicie obcemu czlowiekowi za inwestycje w dobra karme i wierzymy, ze do nas wroca, w tej lub innej formie.
Jak gdyby nigdy nic wsiadamy do samolotu i delektujemy sie tym krotkim luksusem (trafily nam sie bilety w lufthansie), z paniami stewardesami mowiacymi do nas po niemiecku i wyswietlaczami HD w zaglowkach z najnowszymi hitami kinowymi (polecamy “transcendence” z johnny’m depp’em). Godzina czterdziesci lotu i Malezja welcome to! C.d.n.

IMG_5536.JPG
Widok z tarasu naszego pierwszego hotelu w Jakarcie
IMG_5540.JPG
Marina Ancol – szybkie łodki dla majetnych
IMG_5535.JPG
Morze skuterow – Bogor, w drodze do Jakarty
IMG_5539.JPG
Pielgrzymki miedzyportowe z obciazeniem
IMG_5559.JPG
Dobrzy ludzie w zlym miescie 🙂
IMG_5549.JPG
Wiecej dobrych ludzi. Fajar zna wszystkich, nawet naszych znajomych 🙂
IMG_5546.JPG
Najtanszy krab w miescie 😉
IMG_5562.JPG
Dobrzy kudzie w fajnej knajpie
IMG_5578.JPG
Amil – Zbawca nr.2 z Filipin i przejazdzka pajarem czyli indonezyjska wersja tuk-tuka
IMG_5563.JPG
Restauracja Mbah Jingkrak – super fanie i super ostro
IMG_5581.JPG
Chodzenie, gadanie i zwiedzanie z Hanny i grupa znajomych i nieznajomych
IMG_5564.JPG
Piekne choc chudziudkie koty psoty z kreconymi ogonami
IMG_5590.JPG
Hipsterska Jakarta

IMG_5593.JPG

IMG_5594.JPG

IMG_5600.JPG
Zulfikar – samarytanin numer 3

 

IMG_5597.JPG

IMG_5595-0.JPG
Seni Pasar pietro 3 – mekka Jakartowych hipsterow
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s