Indonezja, czyli I have 20.000 rupiah in my pocket

W koncu opuscilismy zachodnie cywilizacje i ruszylismy odkrywac wschod. Poludniowo-wschodnia Azja marzyla nam sie juz od dluzszego czasu, a po Nowej Zelandii i Australii bylismy juz desperacko spragnieni jakiejs kultury. Po wyladowaniu na Bali (cholera, miesiac wczesniej podrozaly wizy do 35usd ode lba) nasze zmysly zostaly niemal obezwladnione po pieciu minutach jazdy taksowka. Zanim to jednak nastapilo musielismy przetrwac swoje pierwsze starcie z ta mniej przyjemna strona kultury azjatyckiej. Naganiacze, pokrzykiwacze glodni dolarow zastepowali nam droge jeden po drugim ze swoim “Boss? Taksi? Yes?”. Ciezko nam bylo cokolwiek dojrzec przez ten tlum zaczepiaczy, a lotnisko w Denpasar jest chyba zbudowane z mysla o zatrzymaniu turystow tak dlugo jak to tylko mozliwe. Tym sposobem wydostanie sie z lotniska na pieszo zajelo nam jakies dwie godziny. Wiedzielismy bowiem ze dopiero poza lotniskiem mozemy zlapac uczciwa taksowke korporacji BlueBird ktora nie zedrze z nas jak lotniskowi mafiozi. Sledzac lokalesow udalo nam se wydostac na normalna ulice, znalezc jakis dobry hotel i poprosic na recepcji o zamowienie taksowki. Wszystko zakonczylo sie sukcesem mimo bladzenia taksowkarza przez ostatnie pol godziny w poszukiwaniu naszego adresu.
Tutaj nikt nie oczekuje od taksowkarzy zeby znali kazda z miliona uliczek w miescie. Mimo to nie uzywaja oni tez gpsa ani mapy. Jezdza i pytaja lokalnych przechodniow, az trafia do celu. Tym sposobem nauczylismy sie uzywac wlasnego gpsa i kierowac taksowkarza. Dla przecietnego turysty nie jest to problem bo taksowkarze na wyrywko znaja wszystkie hotele, ale my musielismy dostac sie do dzielnicy z dala od kurortow gdzie mieszka nasza gospodyni z couch surfingu. Mimo ze finalnie do jej domu dotarlismy po polnocy, prawie wszyscy na nas czekali. Wszyscy, czyli Sri gospodyni, jej przyjaciolka Septi i trojka innych couchsurferow. Szczegolnie zaprzyjaznilismy sie z para Mariano z argentyny i Carlosem z hiszpanii. Niesamowicie pozytywne chlopaki. Spiewajacy, tanczacy i cieszacy sie kazda chwila. Czysta inspiracja. Dzieki nim i Sri nasze pierwsze kroki w tym nowym swiecie byly o wiele prostsze. Tydzien na Bali uplynal nam bardzo szybko na krotkoch wycieczkach po okolicy, uczeniu sie lokalnego jezyka i obczajow oraz na jednej dluzszej wycieczce z miasta Ubud do jeziora Batur i najwiekszej balijskiej swiatyni hindu Pura Besakih. W Ubud spedzilismy dwie noce aby miec baze wypadowa do jeziora, swiatyni i lokalnego malpiego gaju z uroczymi acz czasem bezpardonowymi makakami. Noclegi dzieki poleceniu Sri mielismy zorganizowane u tradycyjnej balijskiej rodziny. Na terenie gospodarstwa bylo kilka budynkow z pokojami mieszkalnymi i uzytkowymi a przestrzen wspolna na zewnatrz pomiedzy nimi. W sklad budynkow wchodzila nawet mala swiatynia hindu w ktorej cala rodzina codziennie wspolnie sie modlila. Wszystko to razem ze sniadaniem za ok 5dolarow dziennie.
Z Bali ruszylismy busem do miejscowosci Klaten pod Yogyakarta gdzie mielismy juz zorganizowany wolontariat. W zamian za pomoc w nauczaniu jezyka angielskiego w szkolach prywatnych i publicznych mielismy zapewnione wyzywienie, oprowadzanie, wozenie po miescie i tanie zakwaterowanie. Glowna organizatorka byla Rani. Wdowa z dwojka malych dzieci ktora we wlasnym domu prowadzi prywatna szkole dla najbiedniejszych za symboliczne 6dolarow miesiecznie. Oprocz tego uczy jeszcze w dwoch innych szkolach. Oprocz Rani w grupie przyjmujacych nas nauczycieli byla Heni, Uki, Bachus i Algi. Poznalismy jednak jeszcze wielu innych. Kazdy z nich uczy w wielu miejscach lub oprowadza po okolicy turystow. Ich misja to pomoc lokalnej spolecznosci w oswojeniu z jezykiem angielskim, ale tez promocja ich miasta i okolic. Wiekszosc turystow omija Klaten, udajac sie do Solo lub Yogjakarty. Klaten jest mniejszym miasteczkiem pomiedzy tymi dwoma. Sa tu naturalne baseny pod wodospadem, wulkan, plywajace restauracje, swiatynie buddyjskie, fabryki slynnych lokalnych tkanin i tofu. Nam nie udalo sie wszystkiego zobaczyc bo czas nas gonil do kolejnego miejsca wolintariatu, a poza tym grafik nauczania byl dosc napiety. Mimo to poznalismy lokalne zwyczaje, tradycje, kulture i zycie codzienne mieszkancow. To ma dla nas zawsze zdecydowanie wyzsza wartosc od atrakcji turytycznych i przynosi wiecej satysfakcji. W Klaten zetknelismy sie tak naprawde po raz pierwszy z islamem, ktory na wyspie Jawa jest dominujaca religia w przeciwienstwie do Bali gdzie znaczna przewage ma Hindu. Zaskoczylo nas to, ze mimo tych dysproporcji muzulmanie, katolicy, prostestanci i wyznawcy jeszcze innych religii zyja ze soba w zgodzie. Poznalismy nawet rodziny, ktorych poszczegolni czlonkowie wyznawali inne religie i nikt sobie w droge nie wchodzil. Nikt nie okazywal zadnych negatywnych emocji wobec innowiercow. Dobrze jest doswiadczyc tego na wlasnej skorze zanim wyda sie opinie o jakiejkolwiek religii na bazie doniesien w mediach.
Nauczanie angielskiego bylo dla nas nowoscia i nie lada wyzwaniem, ale satysfakcje mielismy ogromna, a dzieciaki traktowaly nas jak gwiazdy filmowe. Troche ciezko jest nam sie z ta slawa oswoic. Nie mozna juz byc jednym z tlumu. Z kilometra nas pokazuja palcami, trzesac sie z ekscytacji i strachu lub poprostu przecierajac oczy ze zdziwienia.
Przez caly nasz pobyt w Klaten nie zobaczylismy ani jednej “zachodniej” twarzy. Faktycznie jest to miasto zapomniane przez turystow.
Takie same obserwacje mielismy w Sukabumi na poludnie od Jakarty, gdzie udalismy sie bezposrednio z Klaten na kolejny wolontariat nauczycielski. W droge ponownie wybralismy sie busem, ale tym razem standard podrozy byl duzo gorszy. Z Bali mielismy wiecej mozliwosci wyboru i chodzilismy po dworcu autobusowym, krecac nosem, odganiajac brokerow naganiaczy i na biezaco konsultujac sie z nasza gospodynia Sri. Aby nie dac sie “zrobic na szaro” trzeba nie ufac nikomu, nawet sobie. Brokerzy wciskaja nam swoje bilety, targujac sie nawzajem i jednoczesnie przeslaniajac okienka uczciwszych firm przewozowych. Kazdy przewoznik ma osobne okienko ale nie w kazdym jest obecny kasjer. Nawet jak namierzylismy numer telefonu w okienku z polecona nam przez Sri firma, okazuje sie ze dodzwaniamy sie do jakiegos prywtnego przewoznika ktory najpewniej wdrapal sie do srodka i przylepil swoj numer pod logo innej firmy. Po kilku podejsciach znajdujemy finalnie okienko z mila Pania i z wlasciwym logo wiec odsapujemy z ulga. Rezerwujemy bilet, dostajemy znizke i wracamy do domu z poczuciem spelnionej misji aby przygotowac sie na wyjazd nastepnego dnia. Oczywiscie finalnie okazalo sie ze logo w okienku nic nie zmienia bo i tak dostalismy bilety na inny bus i glupiejemy jak barany. Cale szczescie jednak okazuje sie ze standard mamy elegancki, czysto i nawet przekaska i kolacja jest w cenie.
Za drugim razem w Klaten w kupnie biletu pomogl nam jeden z naszych gospodarzy. Wszystko poszlo gladko i nawet bezproblemu dostalismy dobre miejsce u przewoznika ktorym planowalismy jechac z Bali. Niestety jednak na tej trasie standard jest duzo gorszy. Malo miejsca, niezbyt czysto, bez jedzenia a autobus rozklekotany. Ledwie wytrzymalismy te 17 godzin jazdy.
Glowny problem z transportem w Indonezji jest taki ze tu praktycznie w ogole nie ma drog szybkiego ruchu. Trzeba sie pchac razem ze skuterami, samochodami i ciezarowkami w zatloczone miesciny czy wijace sie wstegi gorskie. Wyprzedzanie na trzeciego przez autobus, na zakrecie i pod gore to klasyka wiec poziom adrenaliny mielismy stale na odpowiednim poziomie. Trzeba jednak przyznac ze kierowcy tutaj to magicy. Gdyby nie ich szalencze umiejetnosci, cala Indonezja utknelaby na stale w jednym gigantycznym korku.
W Sukabumi naszym gospodarzami byli Ari i jego Kuzyn Fuji. Zostalismy przyjeci po krolewsku. O poranku zawsze czekal na nas dzban herbaty i pelne mise jedzenia. Wozono nas wszedzie w klimatyzowanym samochodzie i organizowano atrakcje. Pokoj mielismy prosty z materacem na podlodze i mala szafeczka, ale czego wiecej trzeba. Uczenia w stosunku do atrakcji mielismy niewiele, ale wpychalismy sie kiedy i gdzie moglismy, bo doswiadczenie w nauczycielstwie jest nam potrzebne do szukania pracy pozniej. Po dwoch dniach do naszej wesolej gromadki dolaczyla jeszcze jedna para wolontariuszy, Ben i Libby (anglia i nowa zelandia), ktorzy wracaja wlasnie przez infonezje do nowej zelandii z podrozy po europie i azji srodkowej.
Nauczanie dalo nam bardzo duzo, pierwsze koty za ploty, jak to sie mowi. Bylismy co prawda w wielu miejscach i wielu klasach, wiec ciezko mowic o jakimkolwiek sprawdzeniu efektow naszego wysilku, jednak bardzo dobrze widac jak rozny jest poziom znajomosci angielskiego w tym kraju (bylo bie bylo, dawna holenderska, a nie angielska kolonia). Najsmieszniejsze jest to, ze pomimo tego, ze duzo ludzi docenia jezyk angielski jako sposob na zdobycie awansu lub lepszej pracy i rzad bardzo cisnie i zacheca wszystkich do nauki, to w czynach wszystko wychodzi odwrotnie… Program nauczania i wymogi sa bardzo wysokie, place niskie, ilosc godzin w szkolach notorycznie obcinana… A dysproporcje rosna. Srednio 1 na 10 osob w klasie rozumie angielski (przynajmniej troche), 6 na 10 kojarzy wiekszosc slow, pozostale 3 ni w zab nic nie kumaja, a ministerstwo ma pomysly typu ‘nasi uczniowie musza sie wiecej osluchiwac z jezykem’ albo ‘niech sie wykuja scenek sytuacyjnych z rozmow o prace’. Zenada. Nasi gospodarze, Ari i Fuji, ucza angielskiego z dobrej woli i za darmo, wiec robia duzo dobrego dla swojej spolecznosci ale nawet oni maja juz tego czasami po dziurki w nosie, widzac jaki jest faktyczny poziom vs. Oczekiwania. Taki lajf.
Jestesmy jednak bogatsi o wiele nowych doswiadczen i przezyc, a mamy przede wszystkim dwoch nowych przyjaciol z Indonezji, ktorzy mamy nadzieje, ze zawitaja kiedys do Europy i bedziemy mogli sie solidnie odwdzieczyc za ich krolewska goscine.
Po ponad tygodniu laby i odpoczynku w Sukabumi ruszylismy do Jakarty pociagiem. Klasa economy z klimatyzacja okazala sie niezbyt przestrzenna jesli chodzi o miejsce na nogi ale przezylismy. Przesiadka w Bogorze, bo niestety tory sie nie lacza(?) i lapiemy juz podmiejska kolejke do centrum Jakarty – wciaz pelni obaw, bo w glebi ducha pamietamy, ze Jakarta jest trzecim najbardziej zaludnionym miastem na swiecie…co daje sie odczuc juz na samej stacji Jakarta Kota. Przygody z Jakarty (duuuuzo i ciekawe, obiecujemy) w nastepnym wpisie. Warto poczekac, oj warto 🙂

IMG_5146-0.JPG

IMG_5142-0.JPG

IMG_5152-0.JPG

IMG_5158.JPG

IMG_5169.JPG

IMG_5172.JPG

IMG_5170.JPG

IMG_5177-0.JPG

IMG_5236.JPG

IMG_5203-0.JPG

IMG_5192-0.JPG

IMG_5186-0.JPG

IMG_5264-0.JPG

IMG_5253-0.JPG

IMG_5255.JPG

IMG_5245.JPG

IMG_5285.JPG

IMG_5262.JPG

IMG_5275-0.JPG

IMG_5280-0.JPG

IMG_5295.JPG

IMG_5297-0.JPG

IMG_5290-0.JPG

IMG_5298-0.JPG

IMG_5328-0.JPG

IMG_5331-0.JPG

IMG_5304.JPG

IMG_5333.JPG

IMG_5339-0.JPG

IMG_5347-0.JPG

IMG_5358-0.JPG

IMG_5346.JPG

IMG_5360.JPG

IMG_5364-0.JPG

IMG_5363-0.JPG

IMG_5365-0.JPG

IMG_5392-0.JPG

IMG_5388.JPG

IMG_5396-0.JPG

IMG_5366-0.JPG

IMG_5417-0.JPG

IMG_5405-0.JPG

IMG_5414-0.JPG

IMG_5415-0.JPG

IMG_5418-0.JPG

IMG_5429-0.JPG

IMG_5432-0.JPG

IMG_5420.JPG

IMG_5439-0.JPG

IMG_5449-0.JPG

IMG_5445-0.JPG

IMG_5454-0.JPG

IMG_5456-0.JPG

IMG_5448-0.JPG

IMG_5489-0.JPG

IMG_5471-0.JPG

IMG_5497-0.JPG

IMG_5468-0.JPG

IMG_5513-0.JPG

IMG_5510-0.JPG

IMG_5495-0.JPG

IMG_5521-0.JPG

IMG_5531-0.JPG

IMG_5523-0.JPG

IMG_5534-0.JPG

IMG_5535-0.JPG

IMG_5528-0.JPG

Advertisements

One Comment Add yours

  1. K.Sz. says:

    Wyraźnie podoba się Wam w nowym miejscu. Mam rację?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s