Overlander way czyli Outback 4×4 z Cairns do Darwin

W Cairns spedzilismy kilka dni w trybie backpackersko-relaksacyjnym, oczekujac na kolejna relokacje samochodu z wypozyczalni. Program rozrywkowy w naszym hostelu byl calkiem atrakcyjny, takze korzystalismy ochoczo. Zaliczylismy rozgrywke siatkowki plazowej, za ktora juz bardzo zatesknilismy. Poziom byl raczej zblizony do lekcji wuefu w liceum, ale frajda niezastapiona, a kosci rozruszane. Nastepnie wybralismy sie na darmowy spacer do okolicznego lasu deszczowego w grupie zorganizowanej, z przewodnikiem i lunchem z grilla w pakiecie. Szalu nie bylo, ale cos tam zobaczylismy, no i do darmowego jedzenia nikogo nie trzeba bylo przekonywac. Kolejna i juz ostatnia atrakcja, jaka zaliczylismy, to hostelowy, piatkowy mecz pilki noznej dla chetnych z piwem w nagrode, takze zainteresowanych znow nie brakowalo. Frekwencja damska jednak nie zaskoczyla, bo oprocz Basi, grala jeszcze tylko jedna dziewczyna z recepcji. Ukrop byl niemilosierny, takze bieganie szlo dosc niemrawo, ale dawalismy z siebie wszystko. Druzyna Filipa wygrala 3:2, ale wynik nie gral roli, bo w cieniu czekalo zimne piwko dla wszystkich wiec kazdy byl zadowolony.

Cairns zapamietamy jako niewielki, tropikalny kurort wczasowymz azjatyckim powiewem w ktorym zdecydowana wiekszosc przestrzeni urbanistycznej jest przygotowana z mysla o lezeniu i nicnierobiebiu, lub aktywnym nicnierobieniu. Mozna tam leniuchowac na plazy, przy basenie, przy lagunie, na trawie w cieniu, na molo, w porcie, w lesie tropikalnym, przy stawach z krokodylami czy zolwiami, w kawiarni lub grac w kosza, siatkowke, pilke nozna, hokeja na trawie czy footie na wielu dostepnych boiskach, skakac i fikac fikolki na desce lub hulajnodze w skejtparku, cwiczyc aquaaerobik lub joge za darmo w plenerze, jezdzic na rowerze, na longboardzie czy innych cudo-maszynach, biegac, a nawet grac w ping ponga. Trudno sobie wyobrazic, kiedy oni tam pracuja, szczegolnie ze w zimie maja ok 27stopni, pelne slonce i zaduch, a w lecie 40stopni, sciane deszczu i jeszcze wiekszy zaduch wiec warunki raczej nie sprzyjaja koncentracji czy pracy fizycznej.
Generalnie pozytywne miejsce. W sam raz na krotki wywczas.

Po tych aktywnosciach, z zakwasami wszystkiego, spakowalismy znow nasze tobolki, wrzucilismy wszystko do naszego nowego wehikulu terenowego i ruszylismy ku nowej przygodzie. W sumie do przejechania mielismy 2900km w ciagu pieciu dni. Odleglosc niebagatelna, szczegolnie, ze zalozenia byly takie, ze po ciemku jezdzic nie nalezy, zeby nie utrafic jakiejs dziczyzny (przewaznie kangura), a poza tym wypozyczalnia nie rekomenduje i umywa rece od szkod, wiec mozna sie niezle wykosztowac w razie wypadku. Kolejna kwestia to przy silniku V8 paliwo jest niebagatelnym kosztem, wiec ekonomiczna jazda jest wiecej niz pozadana (fakt, iz byl to V8 diesel, nic nie zmienia). Po krotkich testach wyszlo nam ze z predkoscia 80km/h, bez klimy i z paroma innymi magicznymi sztuczkami jestesmy w stanie zredukowac srednie spalanie z 14l/100km (podawanych przez wypozyczalnie) do ok 10l/100km. W sumie okolo 70AUD w kieszeni nam zostalo takze gra warta swieczki.
/Dla zainteresowanych polecamy lekture stron poswieconych hypermilingowi, czyli ruchowi na rzecz eco drivingu, ktory ponoc zrodzil sie w Stanach jako sprzeciw przeciwko zaleznosci kraju od ropy z dalekiego wschodu i zwiazanym z nia rozgrywkom polityczno-militarnym. Niewatpliwie sa to sluszne racje nie tylko dla amerykanow (wyszukaj w google – hypermilers)./

Trasa poczatkowo szla nam dosc kulawo, bo wystartowalismy pozniej niz planowalismy, nastepnie nie udalo nam sie sprawnie skompletowac zapasow na cala podroz, poniewaz miasteczko Townsville w ktorym mielismy je zrobic zamyka wiekszosc supermarketow w sobote o 17.30! Skandal. Troche nam zajelo szukanie otwartego sklepu, takze w dalsza trase ruszylismy po zmroku, czyli na ryzykanta juz na wstepie. Uznalismy, ze jezeli ryzyko okaze sie faktycznie duze, to zjedziemy gdziekolwiek i dalej ruszymy nad ranem. Udalo nam sie finalnie przejechac jeszcze jakies 150km za miasteczko Hughenden i zajechalismy na nocleg do jednej z tzw.”rest areas” ktore sa rozlokowane co kilkaset kilometrow przy glownych drogach krajowych. Przewaznie jest to tylko mniejsza lub wieksza zatoczka, czasem z toaleta, wiec luksusow nie ma, ale jest za darmo no i jak ma sie porzadnego kampera lub dobrze wyposazona przyczepe kempingowa to wiele wiecej nie potrzeba. My mielismy kampera z kuchenka, spaniem, kanapa i zapasem wody i gazu, ale niestety bez toalety, wiec musielismy wypatrywac tych zatoczek co mialy stacjonarne latryny. W tym z pomoca przychodzila nam niezwykle popularna wsrod podrozujacych aplikacja na smartfony Wikicamps, ktora cale szczescie dzialala rowniez w trybie offline, bo zasieg stracilismy w zasadzie juz drugiego dnia.

Tryb jazdy codziennie byl w zasadzie taki sam. Pobudka rano jak najwczesniej, sniadanie i jazda. Kolo 12-13 przerwa na lunch plus ew. szybkie zwiedzanie i dalej jazda az do zmroku. Po zmroku zjazd na kemping-zatoczke i spanie. Wstepnie zalozony plan udalo nam sie dogonic trzeciego dnia okolo 1000km od Darwin, przeciagajac troszke jazde do kilku chwil po zmroku.

Pierwszego dnia w wiekszosci pokonywalismy trase, ktora juz znalismy bo musielismy sie cofnac 300km na poludnie z Cairns do Townsville wzdluz wybrzeza aby dostac sie do trasy szybkiego ruchu biegnacej w poprzek Queensland i Northern Territory of Australia. Ta droga jechalismy juz po zmroku wiec niewiele widzielismy, takze dopiero drugiego dnia moglismy zaczac podziwiac dzika strone Australii. Jest to niewatpliwie warte zobaczenia, ale trzeba byc przygotowanym na to, ze jeden krajobraz bedzie nam towarzyszyl przez setki kilometrow, az dotrzemy do minimalnie innej strefy klimatycznej gdzie widoki ulegna delikatnym zmianom i znow setki kilometrow na zapetlonym obrazie. Sa to niekonczace sie wariacje na temat tego jak wyglada “zupelne nic”. Sawanna z wyschnieta zolta trawa i gdzieniegdzie niewielkie drapaki szumnie zwane drzewami i tak po horyzont z prawej i z lewej. Przewaznie nie bylo widac nawet zadnej gorki ani dolka, czyli Tablelands to jak najbardziej sluszna nazwa na te okolice, szczegolnie w northern territory. Na poczatku wydawalo nam sie ze juz w queensland jest to “nic”, ale okazalo sie ze dalej moze byc jeszcze bardziej “nic”. Te niekonczace sie przestrzenie sa niewatpliwie fascynujace i czasem przytlaczajace, szczegolnie jak ktos nie ma szczescia i pojazd odmowi mu posluszenstwa w srodku tego “niczego”.
Na calej trasie jest rozrzucone kilka tzw. Miasteczek na ktore sklada sie przewaznie stacja benzynowa, sklep i motel z cenami wszystkiego absolutnie z kosmosu. Dobrze zrobione zawczasu zapasy ciesza wtedy jak nigdy. Butelka schlodzonego napoju na srodku pustyni to jeden z najwyzej cenionych towarow.

Drugi dzien jazdy zakonczylismy pod Mount Isa, czyli ostatnim wiekszym miasteczku na terytorium Queensland. Pozniej juz poznalismy to najprawdziwsze pustkowie wjezdzajac do northern territory. Tam nawet siku trzeba uwzglednic w harmonogramie dnia, tak zeby nie ominac jedynej toalety na przestrzeni kilkuset kilometrow. Plus taki, ze raz na jakis czas trafiaja sie wielkie stacje benzynowe z postojem dla tzw. Pociagow drogowych, czyli tirow z ok.3-5naczepami, gdzie przewaznie mozna skorzystac z darmowego prysznica, dolac paliwa w cenie zlota w plynie i w razie koniecznosci, zrobic jakies male zakupy. W northern territory role miasteczek pelnia wlasnie takie stacje, ktore dodatkowo jeszcze oferuja uslugi noclegowe i kempingowe, wiec wszystko w jednym a dalej znowu nic.
Wszystko to sklada sie na wyjatkowosc i niepowtarzalnosc tego miejsca. Jest to niewatpliwie bardzo skuteczna ucieczka od cywilizacji, ale tez przy presji czasu, jaka my mielismy, okazala sie dosc nuzaca. Musielismy spedzac po ok. 10h w samochodzie z malymi przerwami i nie mielismy czasu na cieszenie sie urokami tego odosobnienia.
Trzeciego dnia, wszystkie piosenki z telefonu juz nam sie przejadly na amen, radio nie odbieralo zadne. Od czasu do czasu udawalo nam sie zlapac stacje na falach am z dzwiekiem jak z klozetu i z audycjami gadanymi, ktore przewaznie usypialy nas po kilku minutach. Przegadalismy wszystkie tematy jakie nam przyszly do glowy, nawet te najbardziej abstrakcyjne bzdury. Odgnietlismy tylki solidnie, a krajobraz pozostawal niewzruszenie niezmienny z odleglosciami zdajacymi sie czasem rosnac, zamiast malec. Nie wspominajac juz o tym, ze minimalizujac korzystanie z klimy, nasz komfort jazdy w poludnie, przy pelnym sloncu, spadal jeszcze bardziej. Mimo to, tego dnia dogonilismy nasz pierwotny plan, robiac ok 700km przed noca. Dzieki temu nastepne dwa dni byly juz nieco lzejsze.
Czwartego dnia do przejechania mielismy juz ok. 450km, a po drodze przewidziany czas na moczenie sie w termalnych zrodlach i czestsze postoje. Niestety na koniec musielismy odrobine te trase wydluzyc, gdyz dojechawszy do miejscowosci Katherine, okazalo sie ze nie jest to wymarzone miejsce do noclegu, gdyz na kazdym rogu i krawezniku tego miasta przewalaly sie cale grupy upojonych do nieprzytomnosci ale wciaz pokrzykujacych aborygenow. Nie do konca tak sobie wyobrazalismy eksploracje tej grupy etnicznej, ale taka tez jest rzeczywistosc, ze ogromna czesc z nich zupelnie nie widzi interesu w ucywilizowywaniu sie, poza korzystaniem z zasilkow i uzywek. Mieszkaja na ulicach, trawnikach czy w krzakach, mimo ze nie sa bezdomni. Robia to, bo chyba nie widza zalet mieszkania w budynkach za ktore trzeba placic, a mieszkajac w plenerze wiecej pieniedzy moga wydac na swoje “przyjemnosci”. Smutne to bardzo, ale sa to skutki historycznych rozgrywek kolonialnych, z ktorymi wladze wciaz nie moga sobie poradzic. Teoretycznie jest to temat pokrewny do ludow maoryskich w Nowej Zelandii, ale zaskoczylo nas jak duza jest roznica w poziomie asymilacji do cywilizacji miedzy maorysami a aborygenami. Maorysi normalnie funkcjonuja w spoleczenstwie, poza tym, ze maja tendencje do zadzierania z prawem i czesto wybitna niechec do pracy. Natomiast aborygeni korzystaja niby z osiagniec cywilizacyjnych ale praktycznie nie maja kontaktu ze swiatem otaczajacym. Ich oczy przewaznie wygladaja jak oczy oblakanych, co chwila wydaja z siebie jakies niekontrolowane dzwieki i okrzyki, zawsze siedza w grupach gdzies po chodnikach czy krzakach i rozsiewaja aromat klasycznego lumpa. Tacy bezdomni szamani troche.
Niestety wzbudzili w nas dosc znaczny niepokoj, wiec postanowilismy nie prowokowac sytuacji, z ktorych nie znamy wyjscia i przejechalismy jeszcze ok. 80km do miasteczka Pine Creek, gdzie z braku laku zaparkowalismy na poboczu i poszlismy spac.
Piatego dnia kumulacja zmeczenia i coraz wyzsze temperatury dawaly sie we znaki, wiec tym bardziej cieszylismy sie, ze do Darwin zostalo nam juz jedynie 250km. Troche jednak zboczylismy z drogi, gdyz postanowilismy odwiedzic niewielki, ale uroczy wodospad oddalony od parkingu o krotki spacer w gore strumienia, ktory mial oferowac niezwykle kuszaca mozliwosc kapieli. Dotarlismy tam po kilkunastu minutach skakania i maszerowania po skalkach obok strumienia, w towarzystwie setek motyli. Na miejscu nie bylo nikogo oprocz nas. Taka idealna romantyczna scena filmowa, ale nie na dlugo, bo okazalo sie ze w wodzie dno jest pelne skal, naokolo slisko, kapiel to raczej w kucki, a po kilku minutach zza rogu wychynela cala rodzinka turystow z dzieciakami i za nimi kolejni odkrywcy “tajemnego” wodospadu. Grunt ze mielismy swoja chwile rodem z Indiany Jonesa czy Robinsona Cruzoe i moglismy wrocic do dalszej jazdy do naszej docelowej destynacji.
W Darwin okazalo sie, ze zupelnie niechcacy trafilismy na jeden z dwoch najbardziej goracych turystycznie weekendow w roku (jakies wyscigi konne). Nie ulatwilo nam to znalezienia noclegu, a ceny wydaly sie tak zaporowe, ze poczatkowo postawilismy na bunt i uznalismy, ze za zadne skarby takim zdziercom placic. Za prycze w pokoju wieloosobowym 35 dolarow?! To ja wole sie przespac na lawce w parku i miec dodatkow tydzien bytowania w Azji. Probowalismy wszystkich alternatyw jakie nam przyszly do glowy, zeby znalezc nocleg u kogos, ale niestety bez skutku. Sezon wysoki, wszystko pelne i zarezerwowane na miesiac wprzod. W koncu gdzies po 22ej poddalismy sie i poszlismy do zdziercow, obiecujac sobie ze kolejnego dnia cos wymyslimy.
Jedyna opcja jaka nam zostala to przesunac lot na wczesniejsza date i skrocic te meki finansowe. Oszczednosc moze nie tak duza jak bysmy chcieli ale kazda jest warta zachodu. Tym sposobem 3 sierpnia ladujemy na Bali i otwieramy kolejny rozdzial naszej podrozy. Plan jest wiecznie w fazie budowy, a fasada finansowa jest juz mocno chybotliwa, czyli nadchodzi czas na zwrot akcji.

20140803-174906-64146997.jpg

20140803-175012-64212313.jpg

20140803-175020-64220413.jpg

20140803-175002-64202732.jpg

20140803-175216-64336685.jpg

20140803-175313-64393858.jpg

20140803-175355-64435581.jpg

20140803-175426-64466220.jpg

20140803-175457-64497474.jpg

20140803-175707-64627510.jpg

20140803-175833-64713289.jpg

20140803-175911-64751690.jpg

20140803-175927-64767437.jpg

20140803-175936-64776209.jpg

Advertisements

One Comment Add yours

  1. K. Sz. says:

    Dużo się dowiedziałem z tego wpisu, a styl jakiego używacie, zachęca do czytania. Prośba o kolejne relacje. Zdjęcia też bardzo, bardzo…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s