Tour the South

W Arrowtown spedzilismy troche ponad dwa miesiace i bardzo polubilismy to miejsce. Zal bylo wyjezdzac, bo mimo ze tyle czasu tu spedzilismy to tak naprawde nie mielismy zbytnio okazji tak naprawde tam pobyc, polazic i sie nacieszyc. Pracowalismy ciezko w lokalnej restauracji. Duza zaleta bylo to ze znajdowala sie ona w samym centrum miasteczka, na glownej ulicy, ale nie w glownym potoku turystow tylko troche cofnieta dzieki skrawkowi publicznego piknikowego trawnika. To dawalo dosc niezly punkt obserwacyjny na zycie miasteczka, nawet w trakcie pracy. Filip byl na troche gorszej pozycji bo stanowisko pracy mial na kuchni co dawalo mu male mozliwosci obserwacyjne. Praca w gastronomii w szczycie sezonu to nie przelewki i troche w kosc dostalismy, ale duzo tez sie nauczylismy. Glowna zaleta to, ze mielismy sporo godzin, malo czasu na wydawanie kasy i w zasadzie pelne wyzywienie z napojami w pracy, a do tego napiwki, wiec oszczednosci w krotkim czasie dosc zadowalajaco wzrosly. Troche jeszcze do tego dorzucimy jak wrocimy tutaj za dwa tygodnie na wielkanoc aby pomoc w ostatnim mocno ruchliwym weekendzie przed zima.

Rejs po Mil-fiordzie
Tymczasem jednak ruszamy w kierunku poludniowym, aby zrobic petelke po regionach w ktorych nas jeszcze nie bylo na poludniowej wyspie. Na pierwszy rzut idzie fiordland z prawdopodobnie najsynniejszym na swiecie fiordem Milford Sound. Planowanie takiej wyprawy nalezy zaczac od sprawdzenia prognozy pogody, a nastepnie sprawdzac niemalze co 5 min. Czy nie ulegla zmianie. Firodland jest jednym z najbardziej wilgotnych rejonow na swiecie z regularnymi lasami deszczowymi gdzie srednio moze raz na trzy dni jest przerwa w opadach, a potem znow prysznic na zmiane z ulewa. Nasze planowanie w zwiazku z tym na poczatku zakladalo odlozenie fiordow na pozniej, bo mialo lac, ale oczywiscie w dzien wyjazdu okazalo sie ze jutro ma byc pieknie, wiec plany wywrocilismy na lewa strone i zabukowalismy rejs na nastepny poranek, pozegnalismy wszystkich, wskoczylismy w nasz wehikul i cielismy w kierunku fiordow az do nocy, zeby rano jak najmniej zostalo. Odleglosc od Arrowtown do milford to jakies 6-7h jazdy zakretami i gorkami jak wszedzie w nz takze meczace znacznie, ale bez tragedii. Dalismy rade dojechac na kamping oddalony o jakas godzine jazdy od samego fiordu, takze w sam raz.
Milford i inne fiordy mozna zwiedzac na milion sposobow, z wody, powietrza, z buta, samochodem, autokarem, motorowka, kajakiem i co tam sobie szanowny turysta wymarzy. Mozna pewnie byloby poleciec samolotem, wyskoczyc ze spadochronem, wyladowac na jachcie po czym jeszcze zanurkowac z delfinami i Bog wie co jeszcze. Tak to zreszta wyglada w wiekszosci miejsc turystycznych w nowej zelandii. Jest to badz co badz swiatowa mekka sportow ekstremalnych. Niestety jednak azja to nie jest i ceny zabijaja z miejsca. Nie ma nawet czym sie zastanawiac. Nawet przejscie 4-5dniowym szlakiem wymaga rezerwacji na pol roku w przod i kilkuset dolarow od glowy za noclegi w schroniskach i transporty busem na fragmentach szlaku gdzie isc sie ponoc nie da. Na to czasu ani kasy nie mamy, wiec wybieramy opcjie turystyczna i leniwa niestety, ale optymalna z naszego punktu widzenia i dajaca nam najlepsze mozliwosci przyjrzenia sie tym cudom.
Rejs mamy o 9ej rano, ale juz po 6ej zrywamy sie z wyrka i ruszamy aby pokonac ostatni odcinek drogi z zapasem czasu na ew. nieprzewidziane sytuacje. Takowe nie nastepuja, takze o 8mej jestesmy juz w terminalu dla wszystkich lodek czy promow rejsowych, grzecznie odprawieni, z biletem w reku czekamy na swoja kolej. Operatorow takich rejsow jest tutaj cale mnostwo i kazdy ma swoja godzine odplywu, takze pozniej wszyscy elegancko w kolejeczce podplywaja do kazdego wodospadu, do skal z fokami wylegujacymi sie na sloncu, czy innych atrakcji. Nie jest to szalenczo odkrywcze i mamy wrazenie ze ciekawsza z tego wszystkiego byla sama droga dojazdowa do fiordu niz ten rejs, mimo ze nie da sie ukryc ze okolicznosci przyrody sa pieknie. Jednakze cale to grupowe ganianie z rufy na dziub z aparatami aby uchwycic najlepszy kadr, a tym samym ogladanie calej atrakcji bardziej na ekranie aparatu, telefonu czy tabletu zamiast na wlasne oczy wydaje sie jakos splaszczac te wspanialosci. Tak czy inaczej bylismy, zobaczylismy, mamy dowody i tyle. Mi bardziej w glowie zostana obrazy z drogi dojazdowej, szczegolnie tej porannej, kiedy jechalismy w dolinie morenowej a z obu stron wyrastaly coraz to wyzsze sciany skalne z chmurami oplatajacymi je z kazdej strony, wodospadami tryskajacymi cienkimi strumieniami gdzies z samej gory i tnacymi dziesiatkami metrow po tych skalach az do lasu deszczowego ktory pokrywal wiekszosc dna dolin. Dopoki slonce nie wspielo sie na odpowiednia wysokosc, aby czesc tych chmur przegonic, wszystko wygladalo dosc zlowieszczo. Z czasem jednak caly krajobraz bardzo sie ocieplil. Poglebialo sie jedynie wrazenie malenkosci wobec tych gigantow skalnych po obu stronach, rosnacych w sile. Dosc niesamowicie tez w sloncu widac cala ta wilgosc dookola, jak rano wszystko zaczyna parowac po wzejsciu slonca to juz nie wiadomo czy to chmury schodza w dol czy para idzie do gory. Generalnie jedna wielka chmura wilgoci wisi wszedzie w powietrzu, takze co i rusz mozna tez w sloncu dojrzec tecze. Najbardziej zaskoczylo nas jednak ze nawet asfalt od tej wilgoci zaszedl mchem i sa po calej dlugosci takie pasy zieleni na srodku pasa. Lepiej pewnie w poslizg nie wpasc w tej sytuacji.

Grotolazy amatorzy
Po fiordlandzie ruszylismy dalej naszym szlakiem na poludnie poprzez urokliwe miasteczka na jeziorami polodowcowymi. Te krajobrazy juz sa z nami az od Mt. Cook, a nawet troszke wczesniej, takze niewiele nas juz w tym temacie zaskakuje, ale kilka minut spedzamy na kazdym punkcie widokowym chlonac krajobraz i dalej w droge. Wszystko planujemy na biezaco, zeby dostosowac sie do pogody, tego co chcemy zobaczyc i tego co nam sie nagle spodoba na trasie, mieszczac sie jednak w jakis ramach czasowych ktore mamy tym razem dosc scisle.
Nastepnym wartym uwagi przystankiem jest jaskinia Clifdon, ktora jest w ok.300 metrowym ciagiem korytarzy, grot i przesmykow wchodzacym coraz dalej w glab gory, ale tez wychodzacym gdzies tam z drugiej strony. Cale przejscie jest odpowiednio sprawdzone i przygotowane przez Departament Ochrony Srodowiska ktory dba o szlaki i zwierzaki w calej nz. Wszystko pieknie oznakowane strzalkami i chwala Bogu bo bez tego mozna by tam pewnie zginac na wieki. Wchodzimy tam w sumie tak jak stoimy. Bierzemy tylko cos na grzbiet i latarki i ruszamy. Doswiadczenia w grotolazeniu nie mamy zadnego wiec pojecia nie mamy co i jak, ale wydaje sie ze filozofia to wielka nie jest. Pare krokow w glab i ciemnosci egipskie. Stara i slaba czolowka z mala latarka to moj zestaw oswietleniowy, a Filip prowadzi posiadajac nieco lepszy sprzet swiecacy, czyli troche lepsza latarke (Po tej wyprawie sprawilismy sobie czolowke z prawdziwego zdarzenia na wszelki wielki). Wiele nie widzimy, ale wystarczajaco aby poruszac sie naprzod. Sklepienie oczywiscie jest coraz nizej i nizej, trzeba zejsc w kucki, a potem pierwszy przesmyk gdzies w bok, w dol, jak waz i pierwszy kryzys. Jakos poszlo. Potem na zmiane: raz normalnie jak w tunelu, a raz w kucki czy na kolanach jak zmije. Poczatkowa paranoja lekko klaustrofobiczna ustapila ciekawosci i prujemy naprzod. Panstwo po 50tce ktorzy wkroczyli w ciemnosc za nami, zawrocili juz na pierwszym przewezeniu. Oprocz naszych samochodow stal jeszcze jeden wiec spotykamy po drodze pare kolezkow w dresach co jak te lanie skacza po kamieniach bez wiekszej ekscytacji tematem. Mowia nam jednak ze do konca dospjsc sie nie da, bo zalane i znikaja w ciemnosciach. Wijemy sie jeszcze jakies 10min. I faktycznie docieramy do szczeliny przez ktora mozna dojrzec basenik od sciany do sciany tam gdzie dalej wiedzie szlak. Zadna latarka nie jest w stanie nam pomoc w okresleniu glebokosci wody, wiec robimy fotke, siedzimy chwilke i ruszamy z powrotem.

Teksanski Invercargill
Z kim bysmy nie zagadywali na temat tego co zobaczyc na naszej trasie, to wszyscy jednoglosnie stwierdzaja ze najbardziej na poludniu osadzone miasto invercargill to zlo konieczne. Trzeba przez nie przejechac, bo innej drogi nie ma, ale szkoda czasu zatrzymywac sie chocby na moment. No chyba źe trzeba zakupy zrobic i to tyle.
Nie zebysmy byli tacy na przekor i na zlosc, ale troche chcemy to sprawdzic na wlasnej skorze, a poza tym i tak ponizej invercargill jest polwysep Bluff slynacy z najwspanialszych ostryg i innych owocow morza. Sprawdzamy zatem w informacji turystycznej czym mozemy sobie tutaj czas zapelnic jutro zanim ruszymy do Bluff na kolacje i nocleg. Okazuje sie ze sama informacja turystyczna znajduje sie w muzeum, gdzie za darmoszke mozemy obejsc calkiem ciekawe ekspozycje, a wsrod nich najciekawsza o Nowozelandczyku ktory zbudowal na bazie motocykla Indian pojazd najszybszy na swiecie na owczesne czasy. Byla to tak wspaniala historia ze powstal w Hollywodzie o tym piekny film, a glowna role zagral sam Anthony Hoppkins (The fastest indian). Po przegladzie ekspozycji, zrobilismy przeglad ulotek z atrakcjami lokalnymi. Wybory skonsultowalismy z pania za lada i okazalo sie ze ledwo upchalismy wszystko w jutrzejszy dzien. Moze nie sa to atrakcje z kategorii zwiedzania cudow swiata, ale nam do takich miejskich rozrywek tez jakos sie zrobilo teskno. Takze tak: z samego rana basen i wylegiwanie sie w saunie, potem wczesny lunch na rybnym targu, kawka z lodami owczymi na deser, nastepnie spacerek antykaloryczny glownymi uliczkami miasta z podziwianie, lokalsow przwaznie z brodami a’la swiety mikolaj i maly shopping, a na koniec wizyta w lokalnym malym browarze ze smakowaniem pysznych piwek. Niby nic nadzwyczajnego, ale w zasadzie dla nas to byl najfajniejszy dzien od dluzszego czasu, gdzie nie plakalismy nad cennikami turbo lodzi i helikopterow, ani tez nie siedzielismy poprostu wpatrzeni w krajobraz na ktory mozna popatrzec ale nijak go wyeksplorowac. Dzien prosty, mily i bogaty w zajecia hedonistyczne. W sam raz na chwile przerwy przed nastepnymi krajobrazami.
Caly ten rejon poludniowy z Invercargill i Bluff to troche taki Texas nowozelandzki dla nas, bo miasto takie na pol wymarle. Niby sa ludzie ale jakos tak sobie tam zyja i wszystko robia bez tej calej ekscytacji i krzyku jakie panuja w auckland czy queenstown. Co krok nas mija jakis jegomosc z broda po pas powiewajaca na wietrze. Same twardziele, to widac. Twarze malowane wiatrem, sloncem i praca na morzu lub w polu. Tacy kowboje. Tuz poza glownymi ulicami pustki takie, ze az sie czasem dziwnie robi. Dziadki tu i tam bujaja sie na werandach. Czasem jakis dzieciak na hulajnodze przeleci, ale widac ze to taki dzieciak co w ciemie bity nie jest, zaden delikates. Ciekawe jednak ze w tym calym pustym miescie ulice sa szerokie jak ausotostrady. Prawdopodobnie przeliczyli sie planujac to miasto, zakladajac ze bedzie szalenie oblegane i tetniace zyciem. Nie ma tu jednak wiekszego dramatu bo w miejsca im nie brak, wiec jakby co to droga jest jak dzwon.

Catlins
To region pomiedzy Invercargill a Dunedin, ktorego zwiedzanie sprowadza sie do jazdy trasa widokowa wzdluz wybrzeza z postojami w punktach widokowych na podziwianie oraz chodzenie wszelakimi szlakami. Wiele osob zachwalalo nam ten region ze wzgledu na jego malowniczosc ale rowniez jako najbogatszy wysyp zwierzyny morskiej (typu lwy morskie, nowozelandzkie foki futrzaste czy pingwiny niebieskie oraz zoltookiw) na plazach wzdluz wybrzeza. Widoki byly owszem zacne i udalo nam sie zobaczyc kilka fok i podejrzec rodzinne lezakowanie i walki samcow lwow morskich. Mimo to jednak caly region nie zrobil na nas az takiego wrazenia jakiego sie spodziewalismy. Bylo to zapewne rowniez spowodowane dosc marna pogoda (raz kapusniak, raz ulewa, silny wiatr i dosc zimne noce, ktore utrudnialy spanie w naszym vanie). Pierwszy camping na ktorym spalismy byl dosc osobliwy poniewaz zastalismy miejsca campingowe wyciete w gestych krzakach takich jakby wielkich trzcinach, do tego wszystkie nierowne (jest to dosc kluczowe aby spiac nie turlac sie wciaz na jedna strone samochodu), a kuchnie i prysznice w starych betonowych zbiornikach na deszczowke a’la bunkier na szambo. Zatoka a w zasadzie dwie zatoki nad ktorymi byl ulokowany mialy za to bardzo sympatyczna plaze i swietne widoki na zachod slonca. Dopiero pod koniec naszej przeprawy dostalismy troche sloneczka i dane nam bylo skorzystac z kilku punktow widokowych na trasie. Gdy dojechalismy do Dunedin znow zaczelo lac jak z cebra.

Dunedin
Z racji nieustajacej ulewy pierwsze kroki skierowalismy do znajomej znajomego Filipa Taty, Pani Ewy, ktora prowadzi wypasiony hotelik blisko centrum, liczac ze moze nas gdzies pokieruje i poratuje. Ustalilismy bowiem ze przy tej aurze spaniu w samochodzie mowimy stanowcze nie i musimy znalezc jakis tani dach nad glowa z grzejnikiem. Przy herbacie i ciastku wymienilismy uprzejmosci oraz dowiedzielismy sie co nieco o calym miescie – gdzie pojsc i co zobaczyc oraz gdzie szukac noclegow. Cale popoludnie zatem spedzilismy szukajac miejsca do spania. Campingow na okolo miasta jest tyle co kot naplakal, wiec szukamy innego taniego miejsca. Pogoda i wiatr zmeczyly nas juz do imentu, wiec jestesmy mega szczesliwi gdy znajdujemy tania mala kabinke na jednym z drogich parkow wypoczynkowych. Wstawiamy do srodka grzejnik, nagrzewamy fest i w koncu da sie wytrzymac. Przed zmrokiem jedziemy jeszcze zobaczyc troche miasta, wizja spania w cieple daje nam nowe sily. Oprocz standardowego wloczenia sie po miescie zachodzimy tez do “dumy poludnia”, czyli browarni Speight’s. Zwiedzanie z przewodnikiem jest dosc tanie, wiec pozwalamy sobie dowiedziec sie czegos o robieniu pysznego piwka. Przewodnik jedzie jak z tasmy wiec nie polecalibysmy tej atrakcji nikomu ale przynajmniej cos tam sie dowiedzielismy o tym warzeniu i rozpoczelo to nasza przygode ze zglebianiem wiedzy o nowozelandzikich piwkach, ktore sa calkiem zacne. U nas w barze przewaznie jest poprostu piwo jasne lub ew. Ciemne i jakies tam odmiany smakowe ale nigdy barman Cie nie zapyta czy zyczysz sobie ale’a, pale ale’a, pilsnerka, lagera czy stouta i to jeszcze w wielu stopniach natezenia chmielu czy rodzajach slodu. Moze czlowiek byl troche ignorantem, ale my sie specjalnie nie zastanawialismy jaki generalnie rodzaj piwa lubimy a raczej uczepialismy sie jakiejs marki i rodzaju przypadkiem i nieswiadomie. Moze nie jest to taki temat rzeka jak z winami, ale rownie przyjemny w zglebianiu 😉
Poza tymi przyjemnosciami spedzilismy rowniez mile popoludnie na stadionie w znakomitym towarzystwie brytyjskiej ksiazecej pary ogladajac rozgrywki rugby maulchow w wieku ok.5-10 lat oraz atrakcje taneczno-muzyczne w przerwach. Fajerwerkow nie bylo ale tez bylo fajnie i co kluczowe, nie padalo;)

Reszta szwedania sie i wracania do Arrowtown nie miala w sobie wiele ekscytujacych chwil, a jeszcze wiecej deszczu wiec nawet ochoczo wracalismy do pracy wiedzac ze tam bedziemy mieli zapewnione duzo ruchu i dach nad glowa wiec wszystko czego nam bylo trzeba. Czolem pracy! Plus taki ze w tym roku nie przejemy sie na wielkanoc.

20140515-065350.jpg

20140515-065402.jpg

20140515-065411.jpg

20140515-065430.jpg

20140515-065441.jpg

20140515-065453.jpg

20140515-065459.jpg

20140515-065531.jpg

20140515-065520.jpg

20140515-065609.jpg

20140515-065711.jpg

20140515-065654.jpg

20140515-065721.jpg

20140515-065743.jpg

20140515-065801.jpg

20140515-065812.jpg

20140515-065831.jpg

20140515-065850.jpg

20140515-065901.jpg

20140515-065919.jpg

20140515-065933.jpg

20140515-065952.jpg

20140515-070004.jpg

20140515-070017.jpg

20140515-070053.jpg

20140515-070040.jpg

20140515-070128.jpg

20140515-070156.jpg

20140515-070230.jpg

20140515-070242.jpg

20140515-070305.jpg

20140515-070319.jpg

20140515-070328.jpg

20140515-070347.jpg

20140515-070358.jpg

20140515-070418.jpg

20140515-070434.jpg

20140515-070504.jpg

20140515-070537.jpg

20140515-070549.jpg

20140515-070607.jpg

20140515-070622.jpg

20140515-070641.jpg

20140515-070656.jpg

20140515-070730.jpg

20140515-070717.jpg

20140515-070746.jpg

20140515-070801.jpg

20140515-070811.jpg

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s