Arrowtown

Jednak dojechalismy. Bylo kilka chwil grozy ale dalismy rade, a raczej Estima dala rade. Droga do Queenstown pod sam koniec okazala sie prawie pionowa, co nie pomoglo spalaniu. Mielismy strach w oczach jak na jednym z ostatnich podjazdow, na srodku gorki, toyka zakrztusila sie. Gaz w podloge, poszla dalej i od tego momentu bylo juz duzo lepiej bo zaczal sie zjazd z gorki. Pierwsza stacja benzynowa, dolewka i problem z glowy. Cena benzyny dalej jak z kosmosu ale co zrobic.

Wjechalismy do Queenstown i z miejsca cos nam nie pasowalo, jakos zbyt tloczno, korki, gwar, jak nie w Nowej Zelandii. Ruszylismy na zwiedzanie polaczone z poszukiwaniem pracy. Zwiedzania nie dalo sie uskutecznic, poniewaz na ulicy jest tyle ludzi, ze nawet sekunde nie da sie przystanac. Brrr. Zreszta, zwiedzanie Queenstown = kasa na kawiarnie, restauracje i tego typu atrakcje. Nie dla nas. Z poszukiwaniem pracy rowniez nie wyszlo (dziwny system, caly sektor hospitality opiera sie na pracownikach tymczasowych, a wymagaja CV, rozmow kwalifikacyjnych itd, a calosc dodatkowo w niezbyt milej atmosferze), dlatego zawinelismy sie czym predzej na camping Twelve Mile Delta, tuz pod miasteczkiem. Tam tez sprobowalismy ponownie naszych szans w poszukiwaniu zlota w strumieniu (cale Otago jest obszarem zlotonosnym, goraczka zlota w latach 1860-1870 byla tak duza, ze podwoila ludnosc calej Nowej Zelandii) ale tym razem tez nie wyszlo. Zabawa jest za to przednia! My mielismy lopatke, znajomi mieli talerze, i tak spedzilismy caly poranek. To naprawde wciaga. 

Po poludniu postanowilismy ruszyc w strone Alexandry, gdzie mielismy najwieksze szanse na znalezienie pracy w sadach lub winiarniach, glownie biorac pod uwage nasze dotychczasowe doswiadczenie na polnocnej wyspie. Na szczescie, postanowilismy odbic po drodze do Arrowtown. Na szczescie, bo tak nam sie spodobalo, ze zostalismy!

Arrowtown, to historyczna osada gornicza z polowy 19 wieku. Dokladnie w 1862 roku zaczela sie tutaj goraczka zlota i w szczytowym momencie liczba mieszkancow doszla do ladnych paru setek. Osiem lat zajelo im “wyczyszczenie” calego zlota z okolicznych terenow i miasteczko stracilo na znaczeniu. Dopiero w latach .70 XX wieku odzylo za sprawa turystyki. Dzisiaj jest to tzw. miasteczko na jedno popoludnie – kilka starych budynkow, mnogosc knajp i restauracji, kilka szlakow pieszych i to wszystko. Dzieki temu glowna ulica zyje za dnia, wieczorem zamiera i jest cisza i spokoj. Ekstra! W porownaniu do Queenstown-wiecznej imprezowni, tutaj jest super relaksujaco. A przy okazji, bardzo latwo o prace. W pierwszym tygodniu naszego pobytu pracowalismy w az 6 knajpach – Filip po jednym dniu w Fork and Tap, Pesto, Saffron, a Basia w Postmasters, Jonesies i finalnie oboje zostalismy w The Stables, glownie z powodu najlepszej atmosfery pracy. Tam tez pracujemy do dzis – Basia jako kelnerka, Filip jako pomoc kuchenna.

Poznalismy tu rowniez rodaka, Piotrka, ktory mieszkal na campingu juz od jakiegos czasu, pracujac jako pizza chef w jednej z miejscowych restauracji. Na tym samym campingu mieszka rowniez niejaki Fabi (Fabulous Fabian), Niemiec, ktory jest tak szalony, ze az malo Niemiecki – ma poczucie humoru i piecze na campingowej kuchni wszystko co sie da, od chleba po ciasteczka. Razem stworzylismy calkiem niezla ekipe, prawie gang, hehe, bo ciagle przesiadywalismy w kuchni i zajmowalismy wszystkie dostepne piekarniki i piecyki do naszych wypiekow. Niestety, gang sie juz rozpadl, poniewaz Piotrek wrocil do Queenstown, a my znalezlismy pokoj i na campingu pozostal tylko Fabi, z ktorym wciaz utrzymujemy kontakt.

Chcialoby sie powiedziec, ‘na szczescie’ udalo nam sie znalezc pokoj. Niestety, latwiej tutaj o prace niz o mieszkanie… Przez jakis czas musielismy spac na campingu, co nie bylo najlepsze ze wzgledu na aktualnie przechodzacy niz pogodowy i niezbyt wygodne spanie po dlugich godzinach pracy. Generalnie bylo zimno i bolaly plecy. Teraz mamy juz wlasne lozko i duzo miejsca na rozprostowywanie kosci, wiec jest bardzo spoko, nawet placimy mniej niz za camping, hehe. Zreszta, w sama pore, wlasnie przetoczyly sie dwie duze imprezy przez okolice (turniej golfowy NZ Open i wyscig Motatapu), ktore strasznie nakrecily ruch w biznesie i mielismy niezla bieganine. Teraz juz robi sie troche wolniej, wiec mozna odsapnac. Moze to tez oznaczac, ze praca sie skonczy za szybko, w koncu brak ruchu rowna sie brak pracy. Zobaczymy. Na chwile obecna duzo oszczedzamy, poniewaz pracujac w restauracji masz prawo do picia, posilkow oraz nawet browara na koniec zmiany. Basia dostaje tez napiwki, wiec cala wyplata leci na konto i nie musimy Jej nawet ruszac (z napiwkow da sie spokojnie wyzyc).
Oszczedzimy ile sie da i dzida na poludnie, tam z powrotem odbijemy na polnoc – czeka nas jeszcze sporo atrakcji na tej wyspie, wlaczajac w to Milford Sound, najbardziej chyba znana atrakcja w Nowej Zelandii. Cheers!

Buckingham street – glowna ulica Arrowtown

Quintest Pharmacy ever 🙂

Ten sklep ze slodyczami kusi nas od samego poczatku…

Wycieczka na Tobin’s track

A to Piotr, jest juz w NZ prawie 7 lat

A to Fabi – nieniemiecki Niemiec

Gang w HQ. Kot tez czasem wpadal na impreze.

Sniadanie mistrzow – scone’y z serem i bekonem, bulki, owoce. Wszystkie wypieki wlasnie co wyszly z piekarnika

Lake Hayes, kajakowanie (Fabi i Basia)

Lake hayes, panorama. Jakby sie przyjrzec, to gdzies na srodku widac kajaki!

Chinese settlement. Kiedys istniala tu cala osada chinska poszukiwaczy zlota, teraz zostaly tylko domki. Wysokosc wejscia mowi sama za siebie 🙂20140314-010906.jpg

Advertisements