Z Christchurch pod Mt. Cook

Kilka dni zabawilismy w okolicach ChCh, zeby zobaczyc co sie dalo, zwlaszcza, ze camping byl za darmo. Nadszedl w koncu czas, zeby zmierzyc sie z dalsza przygoda i ruszyc dalej. Wybor trasy padl na Jezioro Tekapo, omijajac Ashburton – glownie dlatego, ze sa tam tylko wielkie rowniny wypelnione krowami. Stolica przemyslu mlecznego, moznaby rzec. Wybor okazal sie strzalem w dziesiatke, poniewaz juz po kilku kilometrach krajobraz zaczynal robic sie coraz bardziej kolorowy i zroznicowany. Na horyzoncie pojawily sie pierwsze gory, niektore nawet ze sniegiem na szczytach.

Pierwszy przystanek, Rakaia river. Co za widok! Po pierwsze, majestatyczne, szerokie i plaskie koryto rzeki wypelnione kamieniami jednolitej barwy, po drugie, barwa samej rzeki iscie szmaragdowa. Zwlaszcza w pelnym sloncu… Nawiasem, jest to chyba najlepiej znane miejsce na poludniowej wyspie do lapania lososi – caly kamping to praktycznie sami wedkarze. Nam tez sie trafilo sprobowac, poniewaz co i jeden losos jest tak duzy, ze jedna rodzina nie jest w stanie go przejesc i przeciez nie moze sie zmarnowac, a zamrozic tez nie ma jak. Na krotkim spacerze sprobowalismy swoich sil w szukaniu zlota przy rzece, a co, przeciez nigdy nie wiadomo. Niestety bez sukcesow. Nasi znajomi Czecho-Belgowie rowniez probowali szczescia i rowniez nic. Nastepnym razem!

Kolejnym punktem podrozy byla miejscowosc Geraldine, w ktorej oczywiscie nic nie bylo ale warta jest wspomnienia glownie ze wzgledu na pierwszy normalny ser zolty, ktory udalo nam sie dostac w NZ. Byl to maly sklep-fabryka, ktory produkowal wlasne rodzaje sera, zarowno o jakosci i nazwach supermarketowych, jak rowniez bardziej europejskich i wysublimowanych. Skonsumowalismy go przy dobrym winie i w doborowym towarzystwie, poniewaz jak tylko Czecho-Belgowie dowiedzieli sie, ze jest tu do kupienia dobry ser, polecieli tam w podskokach. Ser oczywiscie podano na desce (do krojenia), a wino w pucharach (plastikowych). Wiecej do szczescia nie potrzeba!

Czas przejsc w koncu do czegos typowo poludniowego i majestatycznego, jako ze odbilismy definitywnie od wybrzeza i skierowalismy sie w centrum wyspy. Lake Tekapo bylo naszym celem tego dnia. Ciekawi bylismy nie tylko samych widokow, ile samego miejsca, ktore jest miedzynarodowym rezerwatem ciemnosci, a na gorze Mt. John znajduje sie obserwatorium astronomiczne o miedzynarodowej renomie. Sama droga okazala sie bardzo ciekawa ze wzgledu na zmieniajace sie w ekspresowym tempie warunki pogodowe – czarny horyzont, czyste niebo, czarny horyzont, czyste niebo itd. Finalnie, sucha stopa, dotarlismy nad jezioro. Miasteczko zapelnione bogatymi turystami (konie, helikoptery, takie tam atrakcje), wiec omijamy i jedziemy troche na ubocze, pomiedzy Lake Alexandrina i Lake McGregor. Tam korzystamy z przepieknej pogody i przepieknych widokow, zeby w koncu troche pochodzic po szlakach pieszych. Zachodzimy rowniez do obserwatorium, z ktorego rozposcieraja sie widoki na kazda strone swiata, rowniez na Mt.Cook. Filip dokumentuje co sie da (zwlaszcza obserwatorium) i wysyla od razu do swojego Taty, zeby zrobic mu niespodzianke z samego rana czasu polskiego. Oczywiscie najwieksza furore robi zdjecie teleskopu 🙂

Dalej nastapi – kanaly Twizel, Lake Pukaki, Mt. Cook i lodowce w Mt.Cook National Park

C.d.n.

Rakaia river – zloto i lososie

Timaru – bardzo ladny park przy byle jakiej plazy 🙂

Rolkarze nas jednak zaskoczyli. A bardziej sam tor! bomba!

Advertisements