Mt. Cook National Park

W drodze do parku przejechalismy przez Twizel, miasto-nic lecz o ciekawej historii. Mianowicie parenascie lat temu zostal zrealizowany projekt mega elektrowni wodnej, bazujacej na przeplywie wody pomiedzy jeziorami. Miasteczko powstalo tylko w celu zapewnienia zakwaterowania pracownikom i po zakonczeniu inwestycji mialo byc zburzone. Ludnosc sie jednak nie zgodzila i tak istnieje do dzis. Wracajac do elektrowni, jest to chyba najwieksza tego typu inwestycja na swiecie – ogromne i ciagnace sie kilometrami kanaly, tamy, pradnice, turbiny, a wszystko to na bazie bodajze siedmiu jezior, z ktorych kazde jest polozone na roznej wysokosci n.p.m. Powoduje to naturalny przeplyw wody z wyzszego zbiornika do nizszego, a przy tym wytworzenie ogromnych ilosci energii. Dodatkowo, w kanalach hoduje sie lososie! Woda jest czysta jak lza, wiec nie ma czego sie obawiac. Sami probowalismy i sa pyszne 🙂

Odbijajac w koncu do parku narodowego, jedziemy wzdluz brzegu jeziora Pukaki. Pogoda i pelne slonce powoduje, ze tafla jest gladka jak szklo, a kolor zapiera dech w piersiach. Ciezko poznac roznice pomiedzy niebem a woda! Przyblizamy sie do miasteczka Mt.Cook i od razu spostrzegamy, ze zbocza gor wygladaja jakos tak nieswojo. Okazuje sie, ze to lodowce… Momentalnie stajemy i chloniemy widoki, zreszta robi tak chyba kazdy turysta jadacy ta droga. Samo miasteczko jest malowniczo polozone w dolinie pomiedzy Mount Sefton, Mt. Sealy i Mt.Cook. Tworzy to troche klaustrofobiczne wrazenie, bo czlowiek od razu czuje sie taki malutki, jednak na szczescie dolina jest dosc szeroka i przyslowiowo jest czym oddychac. Naokolo pelno szlakow pieszych o roznych stopniach trudnosci, od plaskich do prawie pionowych. Na szczytach co jakis czas obrywa sie przypadkowa lawina, ktora mozna podziwiac z bezpiecznej odleglosci. Szlaki piesze prowadza rowniez nad jeziora polodowcowe, czasem wzdluz polodowcowcyh rzek i strumieni, a czasem w poprzek dzieki podwieszanym mostom. Wszystko to zapiera dech w piersiach i nie chce nam sie stamtad odjezdzac, jednak pogoda sie w koncu psuje i robi sie chlodno, wiec czas na nas i zawijamy do Wanaki, “malego Queenstown”. 

Tak przynajmniej mowia Kiwusy – tak samo ladne a bez tych wszystkich zbednych tlumow. Moze i tak, jednak na nas nie zrobilo za bardzo wrazenia. Miasteczko nad jeziorem z widokiem na gory, tyle. Na szczescie maja supermarket, wiec moglismy zrobic zakupy, kawa tez niczego sobie, wiec na to tez sie zalapalismy i ruszylismy do Queenstown, porownac na wlasne oczy.

Problem tylko w tym, ze wybralismy krotsza droge przez Cardrone, poniewaz nie mielismy zbyt duzo paliwa (a wszedzie naokolo Wanaki ceny paliw jak z kosmosu). Na nasze nieszczescie, droga okazala sie dosyc stroma i kreta… Ale o tym w nastepnym wpisie. Ciao!

C.d.n.

Mt. Cook w pelnej okazalosci. Podobno nawet Cook mogl Jej nie widziec na wlasne oczy, poniewaz z reguly jest cala w chmurach

Dwie estimy – z lewej Czesko-Belgijska, z prawej Polska 🙂

Mueller Glacier

Koniec szlaku Hooker Valley

Hooker Lake i lod oderwany z lodowca

Advertisements