Ekspresem na południową wyspę

Po zwiedzeniu polwyspu Coromandel okazalo sie ze nasz budzet wymaga natychmiastowej akcji reanimacyjnej, takze mimo ze na polnocnej wyspie zostalo nam jeszcze calkiem sporo miejsc do odwiedzenia to postanowilismy zostawic je sobie na kwiecien/maj kiedy wrocimy do Te Puke na sezon kiwi. Ruszylismy wiec najpierw do Taurangi aby znow zobaczyc sie z naszym ulubionym szefem Kevinem, zasiegnac jego rady w planowaniu dalszych krokow i przygotwac sie do dalszej drogi.

Niestety jednak Basi trafil sie dzien wybitnie niefortunny, który skończył się skręcona kostka na longboardzie i dziura w lewej dłoni od dzgniecia sie ostrym nozem w trakcie przygotowaywania sushi na kolacje. Cale szczescie Kevin jako szef pakowalni i byly gracz rugby kwestie pierwszej pomocy ma w jednym palcu wiec wszystko profesjonalnie opatrzyl i opanowal panike 🙂
Nastepnego dnia stan pacjentki sie odrobine poprawil wiec kupilismy bilet na prom z kilka dni i nie tracac wiecej czasu moglismy ruszyc na poludnie w kierunku miasta Rotorua.

Rotorua jest miastem lezacym w najaktywniejszej strefie wulkanicznej w calej Nowej Zelandii. Postanowilismy zatem odrobine czasu wygospodarowac zeby chociaz chwile sie przespacerowac po miasteczku. Caly region slynie z niezliczonych ilosci goracych zrodel ktore mozna miec nawet we wlasnym ogrodku. Jest oczywiscie mnostwo luksusowych kompleksow spa gdzie bogaci turysci z Euro mocza tylki. My natomiast wybralismy opcje dla ubogich i poszlismy do parku niemalze w centrum miasta gdzie mozna podziwiac setki bulgoczacych dziur w ziemi, mniej lub bardziej blotnistych, a takze mozna skorzystac z trzech darmowych basenikow do moczenia nog z wodami termalnymi. Wszystko zaliczylismy i troche zmeczeni juz smrodem zgnilego jajka w calym miescie postanowilismy ruszyc dalej aby noc spedzic poza miastem na kempingu nad jeziorem Okareka obok wielu innych jezior w tym dwoch slynnych ktore sa tuz obok siebie i ktore sie podziwia z przesmyku pomiedzy nimi. Jedno ma nazwe Niebieskie a drugie Zielone i jest to bardzo adekwatne do ich barwy. Niebieskie jest miejscem uwielbianym przez amatorow sportow wodnych, natomiast Zielone jest wlasnoscia lokalnej spolecznosci maoryskiej i ze wzgledu na to ze bylo to kiedys miejsce wielkiej bitwy podczas ktorej wielu z ich przodkow zginelo to na calym jeziorze obowiazuje zakaz plywania, lowienia czy w ogole jakiegokolwiek z niego korzystania. Mozna jedynie patrzec, ale patrzenie jest bardzo przyjemne:)

Po tych krotkich wycieczkach ruszylismy dalej na poludnie, przez rejony wulkaniczne ktore wygladaja juz zupelnie inaczej niz to wszystko co widzielismy na polnocy. Szczegolne wrazenie zrobila na nas pustynna autostrada zwana wlasnie Desert Road. Tutaj juz mozna bylo poczuc “dzikosc” w powietrzu. Miasteczko Waiouru w ktorym zostalismy na noc zdawalo sie byc niemalze wymarle. W powietrzu lekki zapach siarki i wegla z kominow, naokolo krajobraz pustynny a nad tym wszystkim gorujacy wulka Ruapehu. Inny swiat. Nie majac za bardzo opcji kempingu w okolicy udalo nam sie przytulic na calodobowej (co jest tu bardzo rzadkie) stacji benzynowej. Okazalo sie to najlepsza opcja z mozliwych poniewaz mielismy do dyspozycji czysta cywilizowana lazienke, ochrone przez cala noc, stolik piknikowy obok samochodu i swieza kawe rano, a do tego widok na wulkan. W tym miasteczku zostalismy celowo gdyz slynie ono chyba tylko i wylacznie z muzeum wojskowego ktore bylo na Filipa liscie “must do”. Basia zostala w kafejce w holu zeby nie wydawac za duzo kasy na wejsciowki i spedzila tam cale trzy godziny zastanawiajac sie czy Filip zostal porwany i wcielony do armii czy po prostu nie moze sie odlepic od eksponatow. Sredni czas zwiedzania calej wystawy byl oszacowany na 1,5 godziny. Jak sie okazalo, dla Filipa razy dwa a i tak nie doczytal wszystkiego.

Reszte dnia spedzilismy znow w samochodzie jadac jak najdalej na poludnie, gdyz byl poniedzialek, a na czwartek mielismy juz zakupiony bilet na prom z Wellington. Zapas czasu mielismy niewielki zwazywszy na to ze chcielismy jeszcze miec czas na rzut oka na stolice NZ.
Punktem finiszowym tego dnia dla nas byl calkiem porzadny choc niedrogi kamping na ktorym planowalismy wziac w koncu upragniony goracy prysznic. Zanim jednak tam dotarlismy, zatrzymalismy sie na chwile w miasteczku Bulls, ktore swoja nazwe postanowilo wkomponowac w jak najwieksza liczbe nazw i przymiotnikow zastosowanych na wszelakich znakach czy szyldach w stylu “family violence is untolerabull”. Calkiem smieszna inicjatywa i ciekawe miasteczko, ale nam zapadnie w pamiec na dlugo z innego powodu.

Tym powodem jest trzesienie ziemi o skali 6,2 w skali richtera, ktore mialo miejsce 20.01 ok. 16ej i trwalo mniej wiecej 40 sekund. Nas dopadlo tuz po wyjsciu ze sklepu w Bulls. Gdy wsiedlismy do samochodu, okazalo sie ze nie chce odpalic wiec Filip poszedl zajrzec pod maske, a Basia zostala w srodku. Wtedy zaczelo nami trzasc, a w zasadzie kołysać. Filip skonsternowany wyjrzal zza maski na Basie myslac ze moze odpalila silnik bez jego wiedzy, a Basia patrzyla na Filipa z przekonaniem ze on cos z silnikiem zmajstrowal ze tak sie wszystko trzesie. Nastepnie wlasciciel sklepu wybiegl na zewnatrz i krzyknal do nas ” earthquake! A big one!”. A zatem zalapalismy co sie dzieje mniej wiecej w polowie calego tego wydarzenia. Samochody na drodze sie zatrzymaly. Ludzie zatrzymali sie jakby analizujac impakt trzesienia i probujac przewidziec efekty i dalsze kroki. Cale szczescie wokol nas nic zlego sie nie wydarzylo i po chwili wszyscy ruszyli dalej w swoja strone. Okazalo sie, ze czasem nawet silne trzesienie moze uczynic niewiele szkod jezeli ruch ziemi nie jest bardzo destrukcyjny dla budynkow czy dla samej ziemi. To trzesienie bylo “bujane” wiec chyba nienajgorsze. Z tego co zrozumielismy to “trzesace” czy “wstrzasajace” ruchy sa gorsze, ale to tez zalezy od wielu innych czynnikow. Lekko z tym zyc nie jest i na pewno takie doswiadczenie daje do myslenia. Nagle pojawiaja sie refleksje, jak to jestesmy malency i bezbronni w kontekscie procesow jakie zachodza w naturze.

Reszta drogi i dnia krecila sie wokol nasluchiwania radia i rozmow z ludzmi w celu pozyskania jak najwiekszej wiedzy i zrozumienia tego co wlasnie przezylismy.
Temat trzesien ziemi zglebilismy szczegolnie jak juz dotarlismy do Wellington na calodzienne ekspresowe zwiedzanie. Plus wiekszych miast jest taki, ze wiele muzeow i galerii jest bezplatnych z ewentualna dobrowolna opcja dotacji monetowej. Tak tez jest w narodowym muzeum Nowej Zelandii o nazwie Te papa ktore powstalo kilka lat wczesniej i ktore codziennie przyciąga setki ludzi ze wzgledu na swoja interaktywnosc, aktualnosc wystaw no i pewnie taniosc. Mozna tam nawet zobaczyc jedyna na swiecie gigantyczna kalamarnice zanurzona w formalinie. Calosc muzum troche nam przypominalo naszego”Kopernika”. Można tu spedzic spokojnie caly dzien, albo i dwa wciskajac guziki, sluchajac, ogladajac, macajac a przy tym zglebiajac wszelkie tajniki przyrodnicze (w tym wiele w temacie trzesien ziemi, tsunami czy wulkanow), historyczne (losy maorysow, czy pierwszych europejskich osadnikow albo z innej beczki historie brytyjskiej pop-kultury) po wspolczesne kulturalne Nowej Zelandii (kostiumografia teatralna, grafika czy zbiory ceramiki). Aby nieco przewietrzyc glowe po tej calej dawce wiedzy na koniec najlepiej jest wyjsc na taras na ostatnim pietrze muzeum i podziwiac widok na miasto i zatoke.

Po spedzeniu wiekszej czesci dnia w muzeum czasu na pozostale atrakcje zostalo nam niewiele. Wcisnelismy jeszcze przejazdzke urokliwym, leciwym tramwajem linowym na jedno z wzgorz miejskich aby pozniej zejsc z niego wzdluz ogrodu botanicznego z bajeczna iloscia kwiatow i ptakow. Spacer jeszcze umilaly nam proby w muszli koncertowej na dole parku.
Potem jeszcze krotkie blakanie sie po miescie i powrot do samochodu w deszczu. Deszcz towarzyszyl nam przez kilka ostatnich dni, takze juz po malu oswajalismy sie z mysla ze przy takiej aurze nie mamy co liczyc na widoki z promu. Okazalo sie jednak ze niepotrzebnie sie martwilismy, poniewaz nastepnego dnia pogoda byla idealna. Od czasu do czasu jedynie wiatr przypominal ze do Antarktydy wcale nie jest specjalnie dalej niz do Australi. Widocznosc jednak byla perfekcyjna.

Przeprawa minela gladko co nie jest wcale oczywiste. W ciagu naszego pobytu w Nowej Zelandii kilkukrotnie juz slyszelismy o awariach promow na tej przeprawie. Flota nie jest juz pierwszej swiezosci i coraz czesciej sie zdarza ze ktorys z promow utyka w srodku i musza go jakos potem wyciagac do brzegu. Nam jednak uszlo “na sucho”.
Wiekszosc czasu oczywiscie spedzilismy biegajac miedzy pokladami widokowymi podziwiajac polnocna i poludniowa wyspe w tym samym czasie. Na otwartych wodach nie bylo to jednak najlatwiejsze i najprzyjemniejsze, bo wiatr dął z szalona predkoscia. Tak czy inaczej bylo warto.
Do Picton czyli portu na poludniowej wyspie zawinelismy kolo 12ej.

W koncu jestesmy na poludniowej wyspie!
Dawać nam tu te wszystkie, obiecane “spectacular”!

Doslownie sekunda przed skrecona kostka 🙂

20140213-030551.jpg

Punkt widokowy na jezioro zielone i niebieskie20140213-030834.jpg

20140213-030908.jpg

20140213-031203.jpg

Rotorua – miasto goracych zrodel i zapachu siarki 20140213-031251.jpg

20140213-031407.jpg

20140213-031418.jpg

20140213-031429.jpg

20140213-031440.jpg

20140213-031449.jpg

20140213-031509.jpg

20140213-031519.jpg

Prawie jak gwiazdka – paczka z PL od kolezanki Wisniowej (niestety celnicy zawineli kielbase i zjedli sami)20140213-031553.jpg

20140213-031612.jpg

20140213-031627.jpg

20140213-031729.jpg

20140213-031746.jpg

Waioura – nocleg i sniadanie na stacji benzynowej. Tuz obok muzeum wojska, wiec spoko 🙂20140213-031758.jpg

20140213-031816.jpg

Mowia, ze to trzesienie nie spowodowalo zadnych zniszczen… Jak to nie!?20140213-031916.jpg

A to… Jest… Cos… Dziwnego…20140213-031931.jpg

Windy Welly!20140213-031943.jpg

20140213-032000.jpg

20140213-032012.jpg

Nasza fura na drugi brzeg20140213-032052.jpg

A to juz Picton20140213-032135.jpg

Inaczej jakby? 🙂20140213-032147.jpg

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s