Lazy Christmas and a sunny New Year

Droga do Auckland obyła się bez większych problemów, ponieważ nie jest to wcale tak daleko, a poza tym w większości jedzie się trasą o standardzie europejskiej autostrady. Prawdę mówiąc, przybyliśmy dużo wcześniej niż sądziliśmy, a nie chcąc z nienacka napadać Caro i Ed’a postanowiliśmy się poszwędać po centrum handlowym w Onehundze i popatrzeć na nowozelandzki szał przedświątecznych zakupów. Jeden – było to centrum outletowe, dwa – było dużo dobrych promocji, trzy – wciąż było mega turbo drogo, co w pewnym sensie tłumaczy jak drogie jest dla nas życie w nowej zelandii. W końcu wybiła odpowiednia godzina i wybraliśmy się do Caro i Ed’a, którzy przywitali nas jak zwykle uśmiechami i dużą gościnnością. Dowiedzieliśmy się też, że następnego dnia dołączy do nas Ben, amerykanin, który podobnie jak my spędził z nimi kilka dni jakiś czas temu i teraz wylatuje z AKL i nie ma gdzie spędzić ostatniej nocy. Przed i popołudnie przedwigilijne spędziliśmy ze Zbyszkiem i Kamilą, którzy wrócili z Rarotongi na święta i sylwestra, aby później polecieć kolejną wyspę Niue. Nadrobiliśmy spore zaległości, bo przecież ostatnio widzieliśmy się tuż po naszym przylocie w lipcu. Peplaliśmy nieprzerwanie przez ładnych pare godzin, zmieniając jedynie kawiarnie, na park, park na plaże etc. Pod wieczór wróciliśmy do kwatery głównej gdzie plan na wieczór był taki, że razem z Benem i lokalnymi znajomymi gospodarzy zamówimy hinduskie żarcie na wynos, tak żeby nie trzeba było stać przy garach i tracić w kuchni pięknej pogody. Każdy zamówił co innego, więc mimo że dwunastu potraw nie udało się uzbierac to było chyba 8em plus deser, także jak to mówią “close enough” :). Po napełnieniu żołądków, pogrzaliśmy się jeszcze nieco na tarasie w słoneczku, a następnie przenieśliśmy się na deser do salonu aby wysłuchać kolekcji najdziwniejszych kolęd jakie Caro z Edem zebrali na swoją niekonwencjonalną składankę. Trudno nam było mówić o tęsknocie do domu, bo to wszystko dla nas było wciąż zbyt surrealistyczne. Poprostu kolejny przemiły i relaksujacy wieczór.
Tym trudniej jeszcze następnego dnia było nam rozmawiać przez skype’a z rodzinami, które były dla nas jakby w zupełnie innej rzeczywistości. Podobnie jak ze świętami, tak i z Nowym Rokiem zupełnie nie dorwała nas gorączka planów i przygotowań.
Pierwszego dnia świąt nasi gospodarze wyjechali do swoich rodzin zostawiając nam pod opieką dom, kota i Amerykanina który miał wylot dopiero pod wieczór. Zanim jednak wyjechali u drzwi pojawili się sąsiedzi z upominkiem, życzeniami i zaproszeniem na Hangi czyli tradycyjny maoryski posiłek gotowany na gorących kamieniach w ziemi, na który składają się warzywa takie jak dynia, ziemniaki, kumara czyli nasze pataty, cebula i inne oraz w zasadzie dowolne mięsa ( w naszym wyoadku jeszcze doszło nadzienie własnej roboty). My mieliśmy to szczęście, ze po pierwsze trafiliśmy na wyspiarzy z Samoa i Fidżi którzy przyrządzają wszystko z nieco większą finezją i smakiem niż Maori, a po drugie, że była to rodzina zawodowych kucharzy 🙂 Dzieki temu było to naprawde świetne doświadczenie. Wcześniej spotykaliśmy się z opiniami, że fajnie i oryginalnie to wszystko wygląda, ale w smaku jest nijakie. My juz wiemy, że nie musi tak być. W zasadzie to wyspiarze nazywają swoją odmiane tego dania Umu. Generalna zasada jest taka sama, ale nazw na to na pacyfiku jest kilka w zależności od plemion z jakich się wywodzi. Nasi gospodarze musieli wyjechać wcześniej, więc my z Benem wygrzebaliśmy ze spiżarek co tylko mogliśmy ofiarować w zamian i stawiliśmy się w samą porę na wykopywanie już gotowego, parującego żarełka.
Po tych atrakcjach odstawiliśmy Bena na lotnisko i wrociliśmy do domu nakarmić kota i zrelaksować się już we własnym towarzystwie.

Drugi dzień świąt czyli 26.12 to we wszystkich krajach Common Wealth’u tzw. boxing day, czyli totalne wyprzedaże poświąteczne we wszystkich sklepach i marketach. Także kiedy w Polsce bigosik pogania makowca na kanapie u babci, tutaj wszyscy walą drzwiami i oknami do centrów handlowych, żeby obkupić sie niemal na cały rok za bezcen. Dla nas to i tak dalekie było od taniości, ale postanowiliśmy poddać się temu szaleństwu, gdyż mieliśmy liste rzeczy, których nam jeszcze zabrakło w ostatnich dniach kempingowania. Dość szybko zaczęliśmy żałować, że się na to targnęliśmy, bo wystarczyło przejechać jedną przecznicę i już staliśmy w korku. Całe Auckland, szczególnie w okolicach marketów, było jednym wielkim korkiem. Wewnątrz marketów jak w Tokio. O
Co ciekawe wydawało się, że właśnie azjaci najlepiej radzili sobie w tej sytuacji i stanowili znaczącą większość tego szaleństwa. Ostatecznie jakoś to przetrwaliśmy i wróciliśmy do domu z kilkoma zdobyczami. Wieczorem odwiedziliśmy Adama i Basię poznanych w parku Tawharanui. Jak juz pisaliśmy, mieszkają oni w bardzo oryginalnej przestrzeni, na miarę oryginalnych osobowości. Bardzo przyjemnie spędziliśmy czas, gadając przeważnie o wszelakich aspektach cross fitu, ale też o tym jak to tam w Polsce i jak nam tej kiełbasy brak 😉 Umówiliśmy się też, że następnego dnia wpadniemy na trening, ale dotarliśmy na niego finalnie dzień później jak już nasi gospodarze powrócili od rodziny.

Kolejny dzień zagospodarowaliśmy załatwianiem sprawek typu zmiana opon, które po tych wszystkich piaskach i żwirach północy wyłysiały i pomarszczyły się kompletnie grożąc niechybną katastrofą. Łatwo nie było, bo w NZ od świąt aż do 7ego stycznia większość punktów usługowych i handlowych jest zamknięta bo wszyscy smażą tyłki na plażach. Misja jednak zakończyła się sukcesem i nasz dom na kółkach ma znowu pełną sprawność. 28ego grudnia po porannym crossficie, prysznicu i upakowaniu po raz 15ty naszego vana, pożegnaliśmy się ponownie z Caro i Edem ruszyliśmy znów w nieznane.

Sylwester zbliżał się wielkimi krokami, ale podobnie jak ze świętami, wciąż jakoś to do nas nie docierało. Z tego powodu, lub też bez powodu nie mieliśmy pojęcia co z tym dniem zrobić poza tym, że wiedzieliśmy, że fajnie byłoby go spędzić jakoś na plaży i zobaczyć wschód słońca w Nowym Roku. Jako że wiedzieliśmy, że wschodnie wybrzeże poniżej Akl przeżywa swoje szczyty szczytów sezonu, postanowiliśmy uderzyć na zachodnie strony, które są nieco bardziej dziewicze i nieco mniej oblegane. Na pierwszy cel obraliśmy Raglan, surferskie dość urokliwe miasteczko z czarnymi plażami i naprawde pożadnymi falami. Faktycznie było urokliwie, ale jakoś nic poza tym nie mieliśmy do roboty, także po jednej nocy zwinęliśmy manatki ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża krętą żwirową, ale bardzo malowniczą drogą w kierunku miasteczka Kawhia, które było jeszcze spokojniejsze niż Raglan i które słynie głównie ze swojej oceanicznej plaży z gorącymi źródłami. Wystarczy w odpowiednim miejscu grzebnąć ręką w piasku i gorąca siarkowa słona woda wypływa natychmiast. Takich miejsc jest kilka w NZ. Najbardziej popularna plaża z gorącymi źródłami jest na wschodnim wybrzeżu na półwyspie Coromandel, ale tam ponoć dochodzi do rękoczynów w celu dorwania własnego kawałka gorącego piasku, że postanowiliśmy zaznać tego najpier gdzie indziej. Mieszkańcy Kawhii wcale nie kwapią się aby przesadnie promować ich naturalne i darmowe Spa, ponieważ sami chcą z niego korzystać w spokoju. Dzięki temu faktycznie to miejsce może nie jest tak oblegane. Pusto nie było jednak, nawet kiedy dorwał nas deszcz, ale była za to pełna kultura i dość miejsca dla każdego. Było tak przyjemnie, że postanowiliśmy zostać w okolicy na noc i nastepnego dnia zażyć tych kąpieli jeszcze raz. W poszukiwaniu kempingu zaczepialiśmy różnych lokalesów w sklepie czy w kawiarni, ktorzy niestety kierowali nas do oczywistych i komercyjnych punktów, na które nas nie bardzo stać. O dziwo natomiast menager jednego z kampingow skierował nas do miejsca poza miasteczkiem gdzie właściciele wielkiego żółtego sklepu na górce połączonego ze stacją benzynową i knajpą udostępniają swoją posesje jako darmowy publiczny kemping, bo lubią pomagać ludziom 😉 Lubimy takich ludzi bardzo!
Tym razem nawet ta bliskość sklepu i knajpy była bardzo przydatna gdy wciąż ganiały nas ulewy i moglismy wziać sprzęty do ładowania i posiedzieć przy piwku.
Pogoda na zachodnim wybrzeżu generalnie nas nie rozpieszczała. Słońce bywało czasem, ale zanim zdążyliśmy się w nim dogrzać to zaraz je przeganiał wiatr i deszcz. W związku z tym nasza druga kąpiel w gorących źródłach również odbyła się w deszczu. Po tych atrakcjach uznaliśmy, że jednak nie jest to nasze wymarzone miejsce, żeby witać Nowy Rok, czy w ogóle spędzać kolejne dni. Nawet wschodu słońca nie da się obejrzeć nad morzem, bo to zachód jest. Postanowiliśmy zaryzykować bycie w tłumie na wschodnim wybrzeżu w zamian za pogode i więcej ciekawych opcji. Ostatecznie w Sylwestra fajniej jest chyba z ludzmi niż samemu gdzieś w dziurze siedzieć. Trasa do Taurangi w Bay of Plenty gdzie postanowiliśmy dotrzeć jest niby całkiem krótka, bo to nie więcej niż 200km, natomiast ciągłe zakręty, górki i dołki wywołują u mnie na nowo chorobę lokomocyjną i dziennie limit jazdy to dla nas 2-3h, w których pokonujemy ok. 100km wraz z zatrzymywaniem na widoczki, zwiedzanie czy na siku. Podzieliliśmy niniejszym ten odcinek na dwa: do Hamilton i z Hamilton do Taurangi z nocowaniem pomiedzy. Po porannych kąpielach morskich podjechaliśmy na najbliższy kamping gdzie za dwa dolki wzieliśmy prysznic i skąd ruszyliśmy w pierwszą część trasy. Do Hamilton dojechaliśmy popołudniu. Miasto wyglądało jak wymarte. Jakby wszyscy byli na jednym bądź drugim wybrzeżu. Całe szczęście dla nas, że markety i stacje benzynowe były wciąż otwarte. Poza tym nic. Potem pozostało nam znaleźć miejsce na nocleg. Jak zwykle te komercyjne za 30 czy 50 dolków od osoby nas nie interesowały, więc próbowaliśmy szukać nawet miejsca na podjeździe czyimś poprzez już posiadanych znajomych i poprzed couchsurfing. Poczatkowo bez efektu, wiec wyjechaliśmy z miasta, żeby poszukać czegoś bardziej na dziko lub jak to nie wyjdzie to sprawdzić kemping oddalony o kilkanaście kilometrów, który okazał się być obozem chrześcijańskim. Jak couchsurfing się odezwał, to byliśmy już ustawieni na podjeździe kempingu chrześcijańskiego, który był zabukowany w całości na obóz dla dzieciaków, ale dobrzy chrześcijanie nie wykopali nas na bruk i mieliśmy za darmoszke miejscówkę całkiem uroczą, zieloną przy bajorku gdzie popijaliśmy ukradkiem czerwone winko. Z rana ruszyliśmy w drugą część naszej trasy. To był już 31.12, ale atmosfera wciąż bez żadnych cech charakterystycznych sylwestrowych. A zatem dzień jak codzień. Trasa przebiegła gładko. Po drodze zatrzymaliśmy się w McLarren Parku na lunch przy wodospadach, gdzie kilka dni później wróciliśmy i odkryliśmy, że jest to mega miejscówka kempingowa.
Tym razem jednak zwinęliśmy się dość szybko. Pogoda w końcu znów zaczeła nas rozpieszczać,ludzi na ulicach coraz więcej, widoki za każdym rogiem cieszą oczy. Tak! Jesteśmy we właściwym miejscu! Krótki update informacji w punkcie turysty i cel plaża! Plaża która ciągnie się kilometrami i która mimo że jest jedną z najbardziej obleganych w kraju, to i tak ma tyle miejsca, żenikt sobie na głowie nie siedzi. Piasek jak mąka, fale piętrzą się i rozbijają o brzeg jak wściekłe, słońce praży. Mmm. Czego trzeba więcej?
Później prysznic, jakiś lunch, żeby podkład był na szampana i z ulotkami z punktu informacyjnego ruszyliśmy w poszukiwaniu imprezy sylwestrowej na plaży za friko. Nasz plan ramowy na tą noc był taki, aby zaparkować możliwie blisko imprezy, balować do rana i później spróbować się przespać w samochodzie lub na plaży. Impreza na plaży udała się wyśmienicie, chociaż już od 10ej wieczorem trafialiśmy na upitych i rzygających pod siebie młodych nowozelandczyków, którzy styl bawienia się zaczerpneli chyba od brytyjczyków, czyli krótko acz intensywnie. Zgodnie z tym stylem po fajerwerkach plaża i miasteczko zaczeły sukcesywnie pustoszeć a o drugiej nad ranem wszystko się zakończyło. Nasz plan na balowanie do rana legł w gruzach więc wymyśliliśmy, że wespniemy się na Mt Moungonui, wygasły wulkan stojący w zasadzie wprost na plaży. Nie jest jakoś specjalnie wysoki bo ma ok. 300m wysokości więc wspinaczka zajęła nam jakieś 40 minut. Po drodze spotkaliśmy grupe lekko upojonych kiwi studentów, których również dopadł romantyczny plan zobaczenia pierwszego wschodu słońca z najlepszego punktu widokowego w okolicy. Chłopaki byli nieco gorzej przygotowani od nas, bo wybrali się tak jak stali czyli w japonkach, szortach, koszulkach z jednym kocykiem na czterech i trzema browarami. Procenty troche ich spowalniały więc finalnie my poszliśmy przodem umawiając się na ponowne spotkanie na szczycie. Mimo niemocy w studentach odezwał się duch rywalizacji i postanowili znaleźć skrót i nas wyprzedzić. To skończyło się dla nich błądzeniem w buszu przez jakieś pół godziny. Tymczasem my niczego nieświadomi siedzieliśmy już na górze podziwiając widoki i zastanawiając się co będziemy tutaj robić przez następne 3 godziny do świtu. Od czasu do czasu słyszeliśmy tylko nawoływanie z buszu ” Poland…..Poland!”. Byliśmy jednak przekonani, że to wesołe nawoływania pijanych studentów, którzy siędzą w innym miejscu na szczycie. Do głowy nam nie przyszło, że było to wołanie o pomoc w znalezieniu drogi :)). Koniec końców wszyscy dotarli na szczyt. Tam też spotkaliśmy kolejnych dwóch delikwentów, którzy siedzieli tam już przynajmniej godzinę. Początkowo siedzieliśmy sobie zrelaksowani i gaworzyliśmy, jednak po około godzinie wszyscy zaczeli się trząść. Studenci próbowali się upakować pod jednym kocykiem. Niektórzy przysypiali chwilami. Jak piwo im się skończyło, zaczęło się pragnienie, które widok ocenau dodatkowo wzmagał. Nic to jednak nie złamało woli walki i dotrwania do poranka. My od czasu do czasu robiliśmy sobie przebieżki co by sie dogrzać, chociaż byliśmy ubrani zdecydowanie bardziej adekwatnie do temperatury, która w nocy, przy oceanie i na szczycie góry nawet w lato jest dość niska. Koło 5ej rano zaczęły pojawiać się kolejne osoby i przed 6ta był już tłum oczekujących na wschód słońca. Troche to było zaskakujące, ale w sumie widok jaki mieliśmy był naprawde tego warty i tłumaczył wszystko. Piekne to było powitanie Nowego Roku i wielka ulga mogąc już zejść i nadrobić wszelkich potrzeb fizjologicznych, a przede wszystkim snu.

20140109-104345.jpg

20140109-104417.jpg

20140109-104427.jpg

20140109-104442.jpg

20140109-104457.jpg

20140109-104529.jpg

20140109-104547.jpg

20140109-104629.jpg

20140109-104708.jpg

20140109-104800.jpg

20140109-104841.jpg

20140109-104901.jpg

20140109-104912.jpg

20140109-104933.jpg

20140109-104947.jpg

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s