Piasek w uszach, sól w buzi i miód w nosie czyli Far North of NZ

Po powrocie właściciela domu, którym się opiekowaliśmy przez trzy miesiace, postanowiliśmy jeszcze przedłużyć nasz pobyt i pomóc naszemu gospodarzowi w przygotowaniu upraw kwiatowych do sezonu. Nie wiedzieliśmy ile będzie tej pracy więc ustaliliśmy wspólnie, że zostaniemy plus minus tydzień do dwóch tygodni. Początkowo myśleliśmy, że nie przetrwamy nawet kilku dni, ponieważ po tak długim czasie sorawowania władzy w tym domu bardzo ciężko nam było zmienić nawyki i zejść na drugi plan. Szczególnie trudne to było również ze względu na to, że nasz gospodarz daleki jest od uporządkowania i ogarnięcia. Jego lekkie szaleństwo ujawniło się szczególnie gdy pomagaliśmy mu w wypalaniu grządek. Podczas gdy jeszcze ogień żwawo się palił Pan B wsiadał na swój traktorek z kosiarką i (w nieznanym nam celu)”kosił” popiół i ogień zakurzając nas po uszy i uniemożliwiając kontrolowanie ognia. Skończyło się to raz podpaleniem kosiarki, czego Pan B nie zauważył i jechał dalej płonąc z wygłuszającymi słuchawkami na uszach. A my za nim biegiem z krzykiem “fiiiiireeeee!”. Choć rozsądek podpowiadał, żeby brać nogi za pas 😉 Mimo wszelakich atrakcji przetrwaliśmy tydzień pracy i palenia grządek i uznaliśmy, że już nam starczy. Czas ruszyć w końcu we właściwą część naszej podróży i eksplorować NZ. 

Jako, że od czasu wylądowania w Auckland nieustannie posuwaliśmy się na północ, to postanowiliśmy dotrzeć już w tym kierunku najdalej jak się da, aby w końcu móc zmienić kierunek. Wyruszyliśmy w piątek 13ego. Tak wyszło, a przesądy nam nie straszne. Odjazd nie nastąpił jednak z samego rana, ponieważ od dnia poprzedniego zmagaliśmy sie ze spakowaniem wszystkich bambetli, których troche nazbieraliśmy przez czas stacjonowania w Kerikeri. Wszystko oczywiście niezwykle niezbędne w naszej nowej kampingowej formie podróżowania, ale mimo że nasze auto jest niezwykle pojemne to musieliśmy jeszcze tam urządzić spanie. Wyzwanie nie lada. Stweirdzilismy jednak, ze i tak wszystko zweryfikujemy w trakcie podróżowania i pewnie jeszcze piętnaście razy zmienimy, wiec pi razy oko udało się wszystko wepchnąć. Pożegnaliśmy się elegancko z naszym hostem (choc nie na długo bo w przyszlym tygodniu jeszcze wpadniemy po nasza zaległa poczte) i ruszylismy! Ale nie tak prędko! Trzeba jeszcze było zajechać do sadu kiwi aby pozegnać znajomych i przyjaciół, następnie objechać wszelkie okoliczne markety w poszukiwaniu jeszcze kolejnych niezbednych brakujących elementów do wyposażenia kempingowego i gdzieś w okolicach 4ej popołudniu opuściliśmy finalnie okolice Kerikeri. Po drodze przypomnieliśmy sobie, że nasi hości z Auckland mieli podróżować po północy właśnie do tego piątku i zupełnie zapomnieliśmy się z nimi skontaktować. Wymieniliśmy kilka sms-ów i okazało się, że zostali jeden dzień dłużej w miejscowości, w której my właśnie zatrzymaliśmy się na lunch! Po 15tu minutach siedzieliśmy już razem przy stoliku parkingowym i nadrabialiśmy zaległości przez ok. godzinę. Nas troche gonił czas ponieważ planowaliśmy jeszcze za dnia dotrzeć na kemping na samej północy więc uściskaliśmy się i umówiliśmy na spotkanie w Auckland na święta. 

Droga na północ jest taka jak w zasadzie wszędzie w NZ, czyli górka, dołek, górka, dołek i prawo, lewo, prawo, lewo. W zwiazku z tym noga raczej częściej na hamulcu niż na gazie, a co za tym idzie dłuższy czas podróży niż przewidywaliśmy. Zdecydowaliśmy zatem tej nocy dojechać na bliższy kemping, mniej więcej w połowie cypla północnego wyspy północnej przy Rarawa Beach. Dojechalismy tam jak już słońce po mału się chowało wiec pędem przekładaliśmy bambetle z miejsca w miejsce aby wygospodarowac miejsce do spania. Jak skonczyliśmy to w zasadzie od razu poszliśmy spać, bo co tu robić po ciemku w lesie. Pierwsza noc byla dla nas dosc niespokojna, bo komary, bo odgłosy, bo niezbyt wygodnie, etc. Dzieki temu obudzilismy sie o 5:52, tuż przed wschodem słońca. Długo nie myśląc Filip wskoczył za kierownice i pojechaliśmy “za róg” na plaże aby przywitać dzień. To chyba najfajniejsza rzecz w kempingowaniu, że się chodzi spać i wstaje razem ze słońcem.

Dzień spędziliśmy na docieraniu i zwiedzaniu Cape Reinga czyli przylądka najbliższego równikowi w NZ, a nastepnie na wyborze kolejnego kempingu na następną noc “pod gwiazdami”. Najbliższy kemping jaki mieliśmy po drodze uznaliśmy za zbyt zatłoczony, wiec ruszyliśmy w kierunku drugiego oddalonego o jakieś 20 km w Spirits Bay. Ten drugi kemping okazał się być bajecznie położony przy wielkiej, pięknej i pustej plaży oraz w otoczeniu bardzo malowniczych wzgórz. Wybraliśmy sobie również super miejsce przy łazience, obok strumyka i pod drzewkiem. Klasa! Tutaj juz porządnie zorganizowaliśmy sobie układ bagaży, tak że jest wygoda jak w pałacu. 

Następnego ranka po śniadaniu wybraliśmy się na eksploracje gigantycznych diun, które ponoć powstały tutaj na skutek eksplozji wulkanów ze środkowej części wyspy północnej. Ciężko sobie wyobrazić w sumie jak wielka musiała być eksplozja tego wulkanu, aby wyrzucić piasek na kilkaset kilometrów. Pewnie jednak był to troche bardziej skomplikowany proces, połączony z nanoszeniem piasku przez morze Tasmańskie. Tak czy inaczej wrażenie nie z tej ziemi, jak nagle wśród zielonych niemałych gór na horyzoncie ujrzeliśmy równie wysokie “żółte” szczyty. Wspinaczka, zbieganie, turlanie, tarzanie, a później próby przedarcia się przez busz do plaży (90 miles beach) zajeły nam jakieś 3h. Oczywiscie całą wodę zostawiliśmy w samochodzie, więc po trzech godzinach wspinaczki po gorącym piasku i w żarze lejącym się z nieba, mieliśmy pewne wyobrażenie o trudach przeprawiania sie przez pustynię.

Po dotarciu do samochodu, nadrobieniu płynów i szybkim lunchu zrobiliśmy jeszcze krótką eskapadę offroadową samochodem po strumieniu zalewowoym biegnącym pod diunami aż do plaży, do której nie udało nam się dostać pieszo. Później krótka przejażdżka po plaży, która mierzy ok. 90km długości i która była kiedyś jedyną drogą wzdłuż przylądka. Faktycznie jest tak płaska i ubita, że można po niej jechać bez problemu. De facto częściej widuje się na niej samochody i autokary wycieczkowe niż turystów z kocykami :)Ta wyprawa zmęczyła nas na tyle, że wróciliśmy na nasz “bajeczny” kemping aby sie zregenerować.

Kolejny piękny dzień rozpoczęliśmy niezbyt zaskakująco, śniadaniem, a nastepnie krótką kąpielą w pacyfiku. Następnie ruszyliśmy już w sumie pierwszy raz w kierunku południowym, aby dotrzeć na kolejny kemping już poniżej półwyspu. Po drodze odwiedziliśmy “Królestwo Starożytnych Drzew Kauri (czyli Soplic)”, ktore sa tutaj wydobywane z bagien i ponoć liczą sobie ok. 45 000 lat! Z takich wiekowych i ogromnych pni rzeźbione są tutaj przeróżne wyroby. Z jednego wielkiego pnia nawet udało im się wyrzeźbić całą klatkę schodową. Nie jesteśmy fanatykami takich atrakcji, ale nawet troche to wszystko zrobiło na nas wrażenie. Przed wieczorem dotarlismy na nasze kolejne miejsce noclegu, gdzie okazało się że jesteśmy zupełnie sami. Początkowo byliśmy tym zachwyceni, choć wjeżdżając minęliśmy jakąś grupkę piwkujących lokalesów, a następnie jakaś zupełnie niekampingowo wyglądająca osobówka zajechała na pare minut, chyba na rekonesans. Po zapadnięciu zmroku naszły nas paranoiczne myśli, że jakby ktoś z tych lokalesów (którzy w tej części kraju mają największy problem z zatrudnieniem co przekłada się na wyższy poziom przestępczości) postanowił nas “skroić” to jesteśmy w zasadzie bezbronni, ponieważ jedyna droga wjazdowa i wyjazdowa z kampingu prowadzi przez malutki mostek skąpany w nurcie rzeki, my nie mamy zasięgu na telefonach, nie znamy okolicy, a na dodatek śpimy i nie mamy pojęcia co się dzieje na zewnątrz. Pewnie były to tylko paranoje, które każdy nowozelandczyk by wyśmiał, ale nie dały nam zmrużyć oka, wiec wyskoczyliśmy ze śpiworów, odpaliliśmy fure i daliśmy dyla, bo przecież nikt nie kazał nam tam spać. Nie znając innych opcji kempingowych w okolicy cofneliśmy się do najbliższego miasteczka Kaitaia i przycupnęliśmy na dość ustronnym parkingu jakiegoś lokalnego klubu gimnastycznego. Rano zwinęliśmy się przed świtem, aby nikt nam kary nie wlepił i udaliśmy się na pobliski kawałek trawy ze stolikiem na śniadanie. Wzbudzaliśmy wśród przejeżdżających i przechodzących większe lub mniejsze zainteresowanie, siedząc na rozkładanych krzesełkach, parząc kawkę na kuchence turystycznej i szorując zęby w środku miasteczka.

Po ciężkiej nocy i pobudce bladym świtem postawiliśmy na amerykański styl zwiedzania, czyli głównie z okna samochodu. Ta wersja okazała się całkiem adekwatna do tego co mieliśmy w planach czyli do zwiedzania zachodniego wybrzeża. Są to miasteczka, osady i plaże zapomniane przez czas i turystów. Trudno nam powiedzieć dlaczego bo uroku im nie brak, ale ogromne połacie terenu w zatokach, przy samej wodzie są prywatne i przeważnie należa do komun Maoryskich. W zwiazku z tym nie ma zbyt wielu miejsc gdzie można by zostać na noc, lub cokolwiek porobić, poza patrzeniem na widoki. Napatrzyliśmy się zatem po uszy i ruszyliśmy na południowy wschód spowrotem w “nasze” okolice powyżej Kerikeri do parku Puketi Kauri gdzie już raz byliśmy i mieliśmy namierzony bardzo przyjemny camping. Tam po raz pierwszy zaznaliśmy międzynarodowej kampingowej socjalizacji. Najpierw poznaliśmy małżeństwo rowerzystów w średnim wieku z Colorado w USA, którzy przemierzyli rowerami dystans od Auckland az do Bay of Islands. Niestety jednak Samantha doznała pewnych nieprzyjemnych infekcji i musieli rowery wpakować do samochodu i kontynuować “pedałowanie” w nieco bardziej umiarkowanym trybie. Nie ujmowało to im to jednak ani odrobiny rezonu. Samantha obiegła cały kamping i niemalże wszystkich zebrała “do kupy” na wspólne pogaduszki. Filip razem z Irą (meżem Samanthy) rozpalili ognisko przy którym biwakowaliśmy do północy. Druga para, którą poznaliśmy i która do nas dołączyła, to Radka z Czech i Jakob z Belgii, którzy poznali się w Barcelonie gdzie mieszkali przez wiele lat, więc rozmawiają ze sobą po hiszpańsku. Bardzo fajna para, mniej więcej w naszym wieku, którzy dopiero rozpoczęli swoją przygode w Nowej Zelandii, ale są obywatelami świata od kilkunastu lat już. Jest spora szansa, ze jeszcze się spotkamy, bo pokrywają nam się po części plany podróżowania. 

Po przegadanym sowicie wieczorze poszliśmy spać troche mniej ogarnieci miż zwykle, ale kto by się przejmował niedomytym garnkiem, kiedy ciekawi ludzie na około i wszystko ciekawe. Tak czy inaczej w końcu zasnęliśmy. Około 3ej nad ranem Basia obudzona lekkim chłodem postanowiła wyciągnąć bluzę, gdy za oknem na trawie coś zaczeło się ruszać. Księżyc był prawie w pełni, bezchmurne niebo i praktycznie bezwietrznie, wiec bez problemu można było obserwować otoczenie bez latarki. Okazało się, że pomiędzy samochodami buszowałe małe ptaki kiwi. Próby dojrzenia jakichkolwiek szczegółów i upewnienia, że to nie nocne majaki, trwały jakąś godzinę, bo kiwi są malutkie jak jeże prawie i zawsze trzymają się w cieniu. Także wiele nie widzieliśmy, ale na 99,9% byly to żywe kiwi! Juhuu!

Podsumowując nasze wrażenia z ostatnich dni. Daleka północ NZ jest bardzo piękna, wciąż górzysta i przepięknie pachnie kwiatami manuka, z których powstaje jeden z najdroższych i najlepszych miodów na świecie. Roślinność jest karłowata ze wzgledu na niezbyt sprzyjające im warunki i nieurodzajną glebę, co jest nawet przyjemną odmianą po tych wszystkich gęstych tropikalnych buszach jakie widzieliśmy dotychczas. Plaże mają piekny, mączny piasek, turkusową wodę i są niemalże zupełnie puste. Całość ponownie zwaliła nas z nóg.

Teraz znów jestesmy w Kerikeri korzystając zaproszenia naszych znajomych na krótki pobyt w ich domy i całodzienne żeglowanie po Bay of Islands. W końcu! W sobote rano wyprani, odświeżeni i zaprawieni na nowo ruszamy dalej na południe.

Rarawa Beach – wschód słońca obok naszego pierwszego kampingu

Punkty widokowe w drodze na Cape Reinga – szyberdach okazał się być mistrzowskim rozwiązaniem dla podziwiania widoków

Plaża na lewo od Cape Reinga

Cape Reinga z latarnią

Zatoka na prawo od Cape Reinga

Lektura w drodze do latarni

.

Koniec świata od strony równika

Tourist facebook photo

Polish tourist facebook photo 😉

Planking photo

Tapotupotu Bay – lunch na kampingu najbliżej Cape Reinga

Spirits Bay – kamping troche bardziej oddalony od Cape Reinga, większy, lepiej położony i w ogóle nasz ulubiony:)

Welcome to our crib!

Wszędzie kwitły drzewa z czerwonymi jak krew kwiatami. Nie mamy pojęcia cóż to za drzewo, ale wyglądało oryginalnie 🙂

Plaża przykampingowa

Dzień na ogromnych diunach powstałych w wyniku wybuchu wulkanu oddalonego o kilkaset kilometrów

Lunch na przdrożnym placu zabaw z publicznym grillem 😉

Kamping poniżej Kaitai, z którego daliśmy nogę w nocy

Ancient Kauri Kingdom w Awanui – klatka schodowa wyrzeźbiona wewnątrz ogromnego pnia Kauri liczącego około 50 tys. Lat!

Shipwreck Bay poniżej Ahipary – w tej zatoce ponoć zatonęło wiele statków. Niektóre są widoczne w trakcie odpływu

Herekino Harbour – pierwsza zagubiona w czasie, przepiękna i niezwykle spokojna zatoka

Pozostałości po kiedyś licznych w tych okolicy komunach – w tle wielki, stary, zardzewiały bus mieszkalny

Whangape Harbour – kolejna zatoka zagubiona w czasie, ale już bardziej zamieszkała.

Advertisements